Czemu warto się jednak martwić rankingami

Tok.fm opublikowało wczoraj tekst profesora Stempina, w którym broni on polskich uczelni nie radzących sobie w kolejnej edycji tzw. szanghajskiego rankingu uczelni, który wylicza 500 najlepszych uniwersytetów na świecie.

Jak co roku, od wielu, wielu lat (w zasadzie chyba odkąd zaczęto ten ranking tworzyć około dekady temu), w pierwszej wyliczanej pięćsetce znalazły się dwie polskie uczelnie – niemal niezmiennie gdzieś w połaciach czwartej setki.


Profesor Stempin na rankingu nie pozostawia jednak suchej nitki wyliczając, jakie – jego zdaniem – kryteria dyskwalifikują ten ranking. A są to na przykład to, że bierze on pod uwagę zaledwie około tysiąca uczelni, podczas gdy na świecie jest ich blisko 20 tysięcy. Oraz to, że uwzględnia pracujących na uczelniach Noblistów. Czy wreszcie to, że sposób punktacji za publikacje promuje uczelnie z silnymi działami nauk przyrodniczych.

I chociaż trudno się nie zgodzić, że niektóre z tych kryteriów są nie do końca obiektywne, to jednak nie popadałbym tutaj w zbędny hurraoptymizm.

Ranking nie bierze pod uwagę wszystkich uczelni na świecie z prostej przyczyny: opracowanie danych dla wszystkich uczelni mijałoby się z celem. Dlatego o włączeniu do rankingu decyduje jedno z powyższych: zatrudnienie Noblisty lub laureata Medalu Fieldsa, zatrudnienie wysoko cytowanych badaczy, publikowanie przez pracowników jednostki w Nature i/lub Science, a także duża ilość publikacji indeksowanych w SCIE oraz SSCI (pierwszy to indeks publikacji techniczno-przyrodniczych, drugi – publikacji humanistycznych).

Innymi słowy nie wlicza się do rankingu uczelni, których pracownicy nie wykazują się naukowymi osiągnięciami oraz nie publikują. Pozostaje więc pytanie – co innego robią? I zrozumiałym jest, dlaczego Wyższa Szkoła Zbijania Bąków w Koziej Wólce (bez urazy dla Koziej Wólki) wliczana do rankingu obok Harvarda czy Yale nie jest.

Zgadzam się z profesorem Stempinem jednak, że zbyt wielką wagę ranking przywiązuje do Noblistów i laureatów medalu Fieldsa – między laureatami, którzy na uczelni pracują, a tymi, którzy na danej uczelni zdobyli tytuł naukowy, odpowiadają za 30% oceny.

Czy jednak dość bolesny brak Noblistów na polskich uczelniach oznacza, że w istocie są one równie dobre, co czołówka szanghajskiego rankingu? Od kilku lat jedna z uczelni hiszpańskich publikuje tzw. Webometrics Ranking, również dla wszystkich światowych uczelni. Na co zwraca uwagę ten ranking? Ano, jak nazwa wskazuje, na obecność uczelni w sieci. Nie trzeba zatem mieć żadnych publikacji, nie trzeba zatrudniać Noblistów, ani wykazywać się w zasadzie żadnymi osiągnięciami naukowymi. Wystarczy mieć jedną osobę, która sprawnie obsługuje uczelniane konta na Facebooku i Twitterze.

I co? I tutaj także w pierwszej pięćsetce znajdują się całe trzy polskie uczelnie: Uniwersytet Warszawski na 271. miejscu (więc, hura!, w trzeciej setce), Jagielloński na 311. oraz Politechnika Warszawska na 320.

Tutaj trochę skłamałem. Webometrics Ranking bierze pod uwagę też publikacje jednostki (w niewielkim stopniu). Ale gdyby brał pod uwagę tylko tę kategorię, w pierwszej pięćsetce (dosłownie, bowiem pod koniec piątej setki) znalazłyby się tylko UW oraz UJ.

Chciałbym móc powiedzieć, że jest jakiś światowy ranking uczelni, w którym polskie jednostki sobie świetnie radzą. Times Higher Education wykonuje taki ranking od kilku lat. Wśród 400 najlepszych uczelni UJ i UW znalazły się ex aequo na miejscu 351-400. Czyli znowu czwarta setka.

O tym, że ranking szanghajski nie jest taki całkiem do chrzanu niech wreszcie świadczy to, że w rankingu THE, który co prawda opiera się na podobnych kryteriach, ale waży je inaczej (np. więcej warte jest dobre nauczanie, a praktycznie nie bierze pod uwagę laureatów Nobla), pierwsza dziesiątka to niemal co do jednej te same uczelnie, co w rankingu University 500. Kolejność ich zmienia się może odrobinę, ale to odzwierciedla tylko, co jest silną stroną, a co słabością, poszczególnych placówek. No i oczywiście warto dodać, że podobnie jak w University 500, także w THE polskie uczelnie plasują się w czwartej setce.

Czyli, podsumowując, profesor Stempin może uważać, że ranking szanghajski jest nie fair, że nie daje one szans pewnym uczelniom i że w ogóle powinno się go wywalić do kosza. Ale opinia ta nie zmieni faktu, że na świecie polskie uczelnie są wciąż w ogonie, niezależnie od tego, jak ten ogon jest zdefiniowany.
Trwa ładowanie komentarzy...