O autorze
nic prostszego to istniejący od 2009 roku blog naukowy. Autor jest chemikiem z wykształcenia i powołania, biologiem wszelakim z zainteresowania oraz molem książkowym z wychowania, co niewątpliwie bardzo pomaga mu pisać o wielu innych ciekawszych sprawach niż tylko chemia i biologia. Od polityki się raczej odżegnuje, chyba że dotyczy nauki. Ponadto lubi chodzić po górach, a najszczęśliwszy byłby, gdyby w Himalajach był dostęp do baz czasopism. Czasem wpada w dziwny nastrój i mówi o sobie w trzeciej osobie, ale zazwyczaj szybko mi to mija. W serwisie naTemat piszę po godzinach.

Zapraszam też do zaglądania na okolicznościowy projekt z okazji 60. rocznicy opisania struktury DNA, Podwójna Helisa.

Siódme: nie kradnij

Ostatnimi czasy co i rusz poczytać można o sytuacjach, w których polskie sądy odpuszczają za przestępstwo kradzieży powołując się na niską szkodliwość społeczną czynu. Kilka dni temu naTemat przywoływał przykład złomiarzy kradnących tory, kable i inne elementy szeroko pojętej infrastruktury.

W tekście zacytowano byłego ministra sprawiedliwości, Zbigniewa Ćwiąkalskiego, który powiedział, że prawo do karania tego typu przestępstw w Polsce istnieje. Problem polega natomiast na jego interpretacji przez polskie sądy, które uwagę zwracają tylko na bezpośrednią stratę – nie zaś na systemowy problem przez uszkodzenie infrastruktury spowodowany.



Dodatkową szkodę społeczną wyrządzają same sądy – wysyłając sygnał, że w kraju istnieje przyzwolenie na drobne kradzieże, bo sąd i tak nie ukarze za to w żaden poważny sposób. W tym przypadku jednak, pomimo tego nieoficjalnego przyzwolenia, znakomita większość ludzi jest prawdopodobnie świadoma, że jest to wciąż kradzież.

Znacznie większy, moim zdaniem, problem pojawia się w sytuacji, gdy dochodzi do kradzieży własności znacznie bardziej abstrakcyjnej – do kradzieży własności intelektualnej. I tutaj już znacznie łatwiej pomyśleć – zwłaszcza podpierając się autorytetem sądu oznajmiającego, że kradzież własności intelektualnej ma znikomą szkodliwość społeczną – że to nic złego, nic takiego. I w czasach, gdy z dużym prawdopodobieństwem większość użytkowników internetu dokonuje kradzieży własności intelektualnej niemal codziennie (kto nigdy nie piracił, proszę podnieść rękę), nie jest trudno utrwalić taki tok myślenia.

O co chodzi? Media doniosły wczoraj o wyroku sądu w sprawie księdza profesora z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, który dokonał wielokrotnego plagiatu. Ksiądz do winy się przyznał i poprosił o łagodny wymiar kary. Sąd uznał, że plagiat niewątpliwie miał miejsce, ale do prośby księdza się przychylił i ukarał klapsem i dziesięcioma zdrowaśkami. Dlaczego? Z powodu niskiej szkodliwości społecznej czynu.

Ksiądz profesor ponoć wyjaśniał, że plagiat był niezmierzony i doszło do niego przez przypadek. Tu jednak dodać muszę, drogi księże (że się tak bezpośrednio zwrócę), że przez przypadek to można zrobić dziecko w trakcie jednonocnego romansu. Wielokrotny plagiat na przestrzeni pięciu lat przypadkiem nie jest. Jest natomiast recydywą.

O ile jednak księdza można – i trzeba – winić za bardzo niechrześcijańską postawę, bo w końcu po siódme to nie kradnij, o tyle jeśli chodzi już o sam wyrok, tu winić można tylko sąd. Po ksiądz poprosił o umorzenie licząc na łaskawość – ale to sąd się w tej sytuacji nieco nadmierną łaskawością wykazał.

Pytanie mam zatem takie: gdyby ksiądz profesor przyznał się do tego, że dokonał wielokrotnego rabunku na swoich parafianach, wynosząc z ich domów w czasie wizyt po kolędzie kosztowności – czy wówczas sąd także uznałby to za niską szkodliwość społeczną czynu? Czy gdyby ksiądz przyznał, że w ramach zacieśniania więzów z nieletnimi chuliganami w swojej parafii (żeby nie powiedzieć – rewirze) kradł nagminnie samochody, to sąd także uznałby to za niską szkodliwość społeczną czynu?

Czym różni się własność intelektualna w postaci publikacji i prac naukowych od własności fizycznej? Własność to własność. A kradzież to kradzież.

Sprawa ma jednak jeszcze jeden wymiar. Gdyby przed sądem stał student pierwszego roku złapany na plagiacie, to można byłoby mówić o niskiej szkodliwości społecznej czynu. Bo może nie wiedział lepiej. Bo może nikt mu nie wyjaśnił pojęcia własności intelektualnej. Bo może nikt nie zwrócił mu uwagi, że plagiat jest nie tylko chamski i podły, ale także nielegalny.

Jednak gdy w tej samej sytuacji znajduje się badacz z wieloletnim doświadczeniem, profesor, akademik, ba, kierownik katedry, czy wówczas można mówić o niskiej szkodliwości społecznej? Gdy osoba znajdująca się w jednej z najbardziej wpływowych akademickich pozycji, która powinna być dla studentów, ale także i dla uczelnianej kadry autorytetem nie tylko akademickim i zawodowym, ale także moralnym, dopuszcza się jednego z najgorszych czynów, jakich dopuścić się może badacz, czy wówczas można mówić o niskiej szkodliwości społecznej czynu?

Chyba nie. I może jest to coś, o czym niektórzy polscy sędziowie powinni lepiej pamiętać – za wielką władzą musi też iść wielka odpowiedzialność.
Trwa ładowanie komentarzy...