O autorze
nic prostszego to istniejący od 2009 roku blog naukowy. Autor jest chemikiem z wykształcenia i powołania, biologiem wszelakim z zainteresowania oraz molem książkowym z wychowania, co niewątpliwie bardzo pomaga mu pisać o wielu innych ciekawszych sprawach niż tylko chemia i biologia. Od polityki się raczej odżegnuje, chyba że dotyczy nauki. Ponadto lubi chodzić po górach, a najszczęśliwszy byłby, gdyby w Himalajach był dostęp do baz czasopism. Czasem wpada w dziwny nastrój i mówi o sobie w trzeciej osobie, ale zazwyczaj szybko mi to mija. W serwisie naTemat piszę po godzinach.

Zapraszam też do zaglądania na okolicznościowy projekt z okazji 60. rocznicy opisania struktury DNA, Podwójna Helisa.

Nie rezygnuj z profesora

Kilka dni temu naTemat donosił, że profesor Czapiński nie chce, aby nazywano go profesorem, gdyż tytuł ten został zohydzony przez ekspertów zespołu Macierewicza. Może zatem powinien się go po prostu zrzec?

Od razu dodam, że nie wzywam pana profesora do zrzekania się tytułu (nie to, że coś by to z prawnego punktu widzenia zmieniło). Natomiast wydaje mi się, że taki dramatyczny apel o to, żeby nie tytułować go profesorem, bo jakiś innym profesor się zbłaźnił, jest właśnie tym, czym jest – dramatycznym apelem i niczym więcej.



Bez przesady z tą przesadą
Nie należy bowiem przesadzać. Owszem, tytuł profesora jest w mediach i w polityce często nadużywany. Czy jest to jednak wina tytułu? Czy jest to wina Komisji prowadzącej postępowanie w sprawie jego nadania? Czy jest to wina Prezydenta, który tytuł przyznał? Nie, nie i nie. Wina leży po stronie osób, które w świadomy sposób wykorzystują społeczne postrzeganie pewnej idei.

Pana profesora wołania o to, by nie nazywać go profesorem, są więc trochę na takim poziomie, na jakim byłoby moje zarzekanie się, żeby nie nazywać mnie doktorem, bo ten czy tamten Iksiński zhańbił tytuł przez, na przykład, fałszowanie wyników badań naukowych, lub też inny moralnie karygodny występek.

Dodam też, że tytuł profesorski nie jest przecież nadawany z powietrza: nagradza się nim za ściśle określone osiągnięcia merytoryczne, badawcze, edukacyjne, akademickie. Wszyscy profesorowie zatem (chciałbym przynajmniej wierzyć) w jakiś sposób zasłużyli się w dziedzinach, w których się specjalizują. Niezależnie od tego, w jakich zespołach obecnie zasiadają. I tak, jak profesor Czapiński ma zapewne na swoim koncie osiągnięcia z psychologii, tak profesor Rońda coś tam kiedyś musiał zdziałać w matematyce przemysłowej, w której się specjalizuje, zaś profesor Cieszewski – w biometrii leśnej.

Wreszcie też, żeby podsumować tę prośbę profesora Czapińskiego, zakończmy takim podsumowaniem: posiadanie tytułu profesora nie oznacza przynależności do sekty czy zakonu. Bycie profesorem nie oznacza, że trzeba się od razu z wszystkimi innymi profesorami utożsamiać. Wręcz przeciwnie nawet: nie wolno, bo przecież profesurę dostali za co innego.

Nie prosić - odmawiać
Co zatem taki przeciętny profesor, oburzony tym, jak tytuł szargają jego koledzy „po tytule”, może zrobić, żeby przynajmniej kontrolować szkody? Jest kilka możliwości.

Po pierwsze, będąc zapraszanym do programów radiowych lub telewizyjnych w celu wyrażenia swojej opinii na jakiś temat, powinien taki profesor pilnować, żeby wyrażana opinia była w obrębie jego specjalizacji. Gdy dziennikarz zadaje pytanie z innego zakresu, może wówczas odpowiedzieć: przykro mi, ale nie znam się na tym; powinien pan/pani poprosić o opinię eksperta.

Taka odpowiedź ma dodatkową wagę zwłaszcza, gdy pytanie zadane jest z dziedziny profesora, ale nie z jego/jej specjalizacji. Dla przykładu: biolog zajmujący się badaniem delfinów pytany jest o wpływ GMO na pszczoły. Odesłanie do eksperta wysyła wyraźny sygnał: mogę się wypowiadać w sprawie ogólników, ale nawet bycie biologiem nie daje mi odpowiedniego obycia w aktualnych badaniach, aby wypowiadać się autorytatywnie na temat tego, czy modyfikowana soja szkodzi, czy nie szkodzi owadom.

Ale nawet gdy pytanie jest ogólne ale z innej dyscypliny, odesłanie do eksperta ma olbrzymią wagę: wysyła bowiem sygnał do dziennikarzy, że powinni swoją pracę wykonywać solidnie; że skończyła się samowola i niechlujstwo i że pan/pani profesor jako reprezentant środowiska naukowego nie toleruje dyletanctwa, którego rezultatem jest szukanie opinii biegłego u osoby w danej kwestii niekompetentnej.

Taka odpowiedź wysyła też sygnał do innych profesorów natury wszelakiej: pokazuje bowiem, że nie trzeba zawsze mieć opinii na każdy temat, a nawet jak się ją ma, a jest to opinia prywatna i niepoparta latami doświadczenia i wiedzy, to niekoniecznie trzeba ją od razu publicznie werbalizować.

Wreszcie, odpowiedź taka wysyła sygnał – być może najważniejszy – do społeczeństwa. I informuje widzów czy słuchaczy, że nie profesor nie jest autorytetem od wszystkiego. Profesor jest autorytetem od tego, na czym się zna. Od reszty jest takim samym autorytetem, jak pani ze spożywczaka.

Nie prosić – tłumaczyć
Inną strategię, jaką przyjąć może profesor, jest tłumaczenie wszem i wobec różnych niejasności otaczających koncept po pierwsze profesora, a po drugie eksperta. Po trzecie zaś – zespołu sejmowego.

Profesor ma tę przewagę nad większością z nas, śmiertelników, że dziennikarz, reporter i inne medialne zwierzę chętniej go słucha. Warto więc te dodatkowe pięć sekund uwagi przekuć na lepszą walutę i wyjaśnić, że po pierwsze, profesor profesorowi nierówny. I że na przykład nagminne nazywanie posłanki Pawłowicz profesorem bez wyjaśnienia, że profesorem belwederskim nie jest, może być bardzo dla publiczności mylące.

Po drugie, można wyjaśnić, czym się różni profesor od profesora-eksperta. Tu powtórzę to, co napisałem kilka akapitów temu: przy każdej możliwej okazji warto podkreślać, że profesura nadawana jest za określone osiągnięcia, na podstawie pewnej posiadanej wiedzy, doświadczenia, umiejętności. Jeśli zatem profesor w danej dziedzinie takiej wiedzy, doświadczenia i umiejętności nie posiada, to nazywanie go ekspertem jest po prostu nadużyciem. Chyba że się zdefiniuje od czego tym ekspertem jest. I powie, że profesor Cieszewski jest ekspertem od oceny zasobów drzewnych, co niekoniecznie czyni go ekspertem od jednej brzozy. I że jest ekspertem od analizy zdjęć satelitarnych lasów, co prawie na pewno nie czyni go ekspertem od odgłosów wydawanych przez ścinane drzewo.

Po trzecie, można, a wręcz trzeba, powtarzać gdzie się tylko da, że zespół Macierewicza jest – jak nazwa wskazuje – zespołem parlamentarnym, a nie komisją (pan profesor Czapiński też się tak pomylił na antenie radia TOKFM). A różnica jest dramatyczna. W obecnym sejmie aktywne są bowiem takie zespoły, jak Zespół Brydża Sportowego, którego głównym działaniem wydaje się być – w tym roku przynajmniej – organizowanie meczu brydża między zespołem, a dziennikarzami; Zespół Miłośników Samochodów i Motocykli, przygotowujący konferencję dotyczącą bezpieczeństwa; a nawet, o ironio, Zespół Profesorów, który nic nie robi, po prostu zrzesza zasiadających w Parlamencie profesorów. I chociaż wiele zespołów jest bardzo aktywne politycznie, to wiele z nich to po prostu koła hobbystyczne, do których zapisać może się każdy, wypowiedzieć też może się każdy niezależnie od kompetencji, zaś ich postanowienia czy ogłoszenia nie mają żadnej wiążącej mocy. Komisja, dla odmiany, to organ pomocniczy przygotowujący rozstrzygnięcia dla obu izb parlamentu, organ opiniujący i kontrolny.

Tytuł nie na zawsze
Można się zatem zacząć głowić, czemu profesorom nadużywającym tytułów nie odebrać tych profesur. Odpowiedź brzmi prosto: nie da się. Nawet gdyby stwierdzono nieprawidłowości w procesie wiodącym do nadania profesury, w momencie, gdy prezydent postawi na dokumencie nadania tytułu swój podpis, sprawa jest zamknięta. Nie ma obecnie w polskim prawie możliwości odebrania raz nadanego tytułu profesora.

Zmiana taka jednak jest planowana, o czym media donosiły na początku tego roku (nie wiem, jak bardzo zaawansowane są prace w tej kwestii obecnie). Dodam tutaj jednak, że chociaż ogólnie otwarcie takiej możliwości powitam z radością, to jestem zdecydowanym przeciwnikiem odbierania tytułów profesorskich na podstawie tego, że ktoś postanowił się publicznie skompromitować.

I jestem pewien, że znakomita większość środowiska naukowego się ze mną zgadza: bo jak powiedziałem już tutaj kilkakrotnie, profesura nadawana jest za ściśle określone osiągnięcia. Odbieranie jej zatem za sprawy z tymi osiągnięciami niezwiązane jest nie tylko niesprawiedliwe, ale po prostu nielogiczne.

Wyjaśnijmy zatem, po co w ogóle się o tej zmianie myśli: otóż w obecnej chwili tytułu profesorskiego nie możnaby odebrać nawet wówczas, gdyby profesorowi wykazano, że wyniki jego badań, za które w końcu ten tytuł dostał, są wynikiem oszustwa, fabrykacji lub plagiatu. (Tu mogę się mylić, ale jestem pewien, że jeśli rozmijam się z prawdą, ktoś mnie szybko mniej lub bardziej uprzejmie w komentarzach poprawi). A w takiej – i tak naprawdę tylko w takiej – sytuacji, taką możliwość powinno państwo mieć.

Nie prosić - piętnować
To, co można natomiast robić w sytuacji, gdy ktoś tytuł ośmiesza lub hańbi, to publiczne piętnowanie takiego zachowania.

Trzeba zatem głośno mówić o tym, że profesor Rońda nie jest świetnym pokerzystą, który rozgryzł blef dziennikarza, ale po prostu medialnym oszustem.

Trzeba głośno mówić o tym, że profesor Binienda, który teoretycznie ma jakieś tam doświadczenie w tematyce prac zespołu smoleńskiego, świadomie wprowadzał w błąd opinię publiczną kręcąc danymi wejściowymi do swojej symulacji, co czyni go co najmniej bezczelnym manipulantem.

I tak dalej, i tym podobne – na części pierwsze rozłożyć można cały smoleński zespół, co wcześniej uczynił już zresztą autor bloga To Nie Przejdzie. Zarówno panu profesorowi Czapińskiemu, innym profesorom oburzonym działaniami zespołu i jego ekspertów, jak i wszystkim ludziom dobrej woli polecam zajrzeć i stosować jako ściągę.
Trwa ładowanie komentarzy...