O autorze
nic prostszego to istniejący od 2009 roku blog naukowy. Autor jest chemikiem z wykształcenia i powołania, biologiem wszelakim z zainteresowania oraz molem książkowym z wychowania, co niewątpliwie bardzo pomaga mu pisać o wielu innych ciekawszych sprawach niż tylko chemia i biologia. Od polityki się raczej odżegnuje, chyba że dotyczy nauki. Ponadto lubi chodzić po górach, a najszczęśliwszy byłby, gdyby w Himalajach był dostęp do baz czasopism. Czasem wpada w dziwny nastrój i mówi o sobie w trzeciej osobie, ale zazwyczaj szybko mi to mija. W serwisie naTemat piszę po godzinach.

Zapraszam też do zaglądania na okolicznościowy projekt z okazji 60. rocznicy opisania struktury DNA, Podwójna Helisa.

Miejsce w szeregu

Times Higher Education – magazyn publikujący międzynarodowe rankingi uczelni maści wszelakiej – opublikował kilka dni temu kolejny. Ten echem się odbił w polskich mediach, bo w odróżnieniu od rankingu szanghajskiego, w których w ogonie znajdują się dwie polskie uczelnie (na 500), albo normalnego, corocznego rankingu THE, w którym znajduje się jedna (na 400), w nowym rankingu THE na 100 sklasyfikowanych uczelni aż cztery są z Polski.

Ranking wylicza 100 najlepszych uczelni z krajów należących do grupy BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i RPA) oraz do tzw. gospodarek rozwijających się. W tym gronie znalazły się Uniwersytet Warszawski, Uniwersytet Jagielloński, Politechnika Warszawska oraz Uniwersytet Łódzki. Wynikami na naTemacie w sobotę zachwycała się była Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Barbara Kudrycka.



Osobiście na ranking spoglądam ze znacznie mniejszym optymizmem od pani poseł Kudryckiej. Zacznijmy bowiem od tego, że w rankingu tym uwzględniono zaledwie 22 kraje – te, które zostały zakwalifikowane jako rozwijające się. Już samo to powinno być swego rodzaju prztyczkiem w nos. Bo może nie mamy środków, aby próbować w szranki stawać ze Stanami Zjednoczonymi, Wielką Brytanią, Niemcami czy Japonią, ale już to, że twórcy rankingu nie uważają polskiej nauki za godną równorzędnego porównania na przykład z Grecją, Włochami czy Hiszpanią, jest przykre i powinno dać nam wiele do myślenia.

Z kim zatem zostaliśmy na gruncie naukowym porównani? Spośród 22 krajów uwzględnionych w rankingu (pełna lista krajów, które mają w zestawieniu chociaż jedną uczelnię znajduje się na ilustracji poniżej), czterem nie udało się wyprodukować ani jednej uczelni, która przebiłaby się do pierwszej setki. Te kraje to Peru, Filipiny, Pakistan oraz Indonezja. Doprawdy, tytani nauki.

Barbara Kudrycka jest zachwycona także tym, że aż cztery polskie uczelnie znalazły się w pierwszej setce, podczas gdy Czechy i Węgry dały radę umieścić w niej zaledwie po trzy. Byłoby to może imponujące, gdyby zarówno Czechy jak i Węgry nie były krajem o czterokrotnie mniejszej populacji niż Polska. Patrząc na sprawę przez pryzmat liczby mieszkańców można wręcz powiedzieć, że nasi południowi sąsiedzi radzą sobie trzykrotnie lepiej od nas!

Poniżej prosty wykres pokazujący ile uczelni w rankingu mają poszczególne kraje, a także ile możnaby oczekiwać biorąc pod uwagę albo populację danego kraju albo PKB per capita (wg danych z wiki).


No i spostrzeżeń dotyczących Polski nie mam tu wiele: Polska radzi sobie odrobinę gorzej niż oczekiwać by można po naszym PKB, ale i tak mamy więcej uczelni w tym rankingu niż by to wynikało z liczebności populacji (ta metryka jest oparta na trochę sztucznym założeniu, że gęstość uczelni – czyli ich liczba na stałą liczbę mieszkańców – jest, i powinna być, taka sama dla wszystkich krajów w rankingu).

Znacznie ciekawsze są za to obserwacje dotyczące innych krajów. Po pierwsze, Chiny oraz Indie mają mniej uczelni (na mieszkańca) niż możnaby oczekiwać, ale znacznie, znacznie więcej, niż by to wynikało z ich PKB. Domyślać się tylko mogę przyczyn: może to być kwestia tego, że w tych gremialnie biednych społeczeństwach przeznacza się jednak dużo na rozwój techniczny i naukowy. Trudno mi się wypowiadać na temat tego, czy jest to zjawisko statyczne, czy też trend który będziemy obserwować w kolejnych latach (tzn. coraz większe nakłady na naukę w tych krajach), gdyż jest to dopiero pierwsza edycja rankingu, więc nie mamy dobrego punktu odniesienia.

Po drugie, RPA, Turcja, Tajlandia, i przede wszystkim maleńki Tajwan (mówię maleńki, ale w istocie liczbą mieszkańców dorównuje Australii!) osiągnęły wyniki przewyższające wszelkie oczekiwania. Imponujący jest zwłaszcza wynik Tajwanu, który mając populację mniej więcej 60 razy mniejszą niż Chiny, był w stanie wyprodukować niemal taką samą liczbę znakomitych uczelni. Jest to prawdopodobnie wynikiem prężnego rynku elektronicznego w tym kraju, pokazując, że osiągnięcia uczelni nie rodzą się w próżni, a raczej powstają w odpowiednim ekonomicznym kontekście i w dużym stopniu zależą od stopnia zaangażowania nie tylko rządu, ale także szeroko rozumianego przemysłu.

Chciałbym jednak zakończyć jakimś pozytywnym akcentem, podobnie jak Barbara Kudrycka, która podsumowała wyliczając, jakie fundusze udało się zdobyć w ostatnich czasach polskim uczelniom (ale nie, bycie KNOW nie jest chyba osiągnięciem na skalę światową). Trochę się jednak boję, bo gdy ostatnio wyraziłem swoje poparcie dla polskiej nauki zwracając uwagę, że na liście 100 najbardziej wpływowych chemików analityków (wg. magazynu The Analytical Scientist) na bardzo wysokiej pozycji znalazł się prof. Janusz Pawliszyn, to dostało mi się wówczas po łapach za przypisywanie tego sukcesu nauce polskiej (bo profesora Pawliszyna ostatni z nią kontakt miał miejsce w czasie obrony magisterium). W zasadzie zatem przypominając o tym osiągnięciu prof. Pawliszyna, bardziej tylko jeszcze opinię Czytelników o polskiej nauce pogrążam.

Na szczęście z odsieczą – znacznie, moim skromnym zdaniem, lepszą, niż opowieści o tym, ile KNOWów funduje obecnie MNiSW – przybył sam naTemat, który w październiku rozpoczął serię [Nie tylko Skłodowska], w ramach której pokazuje, że rzeczywiście nie mamy się czego wstydzić, i że w Polsce robi się badania na światowym poziomie. Jedyne co nam pozostaje do zrobienia, to umiejętne przeskalowanie tego zjawiska tak, aby tuziny świetnych specjalistów i pomysłowych badaczy zamienić na tysiące. A wtedy już żaden ranking uczelni nie będzie nam straszny.
Trwa ładowanie komentarzy...