O autorze
nic prostszego to istniejący od 2009 roku blog naukowy. Autor jest chemikiem z wykształcenia i powołania, biologiem wszelakim z zainteresowania oraz molem książkowym z wychowania, co niewątpliwie bardzo pomaga mu pisać o wielu innych ciekawszych sprawach niż tylko chemia i biologia. Od polityki się raczej odżegnuje, chyba że dotyczy nauki. Ponadto lubi chodzić po górach, a najszczęśliwszy byłby, gdyby w Himalajach był dostęp do baz czasopism. Czasem wpada w dziwny nastrój i mówi o sobie w trzeciej osobie, ale zazwyczaj szybko mi to mija. W serwisie naTemat piszę po godzinach.

Zapraszam też do zaglądania na okolicznościowy projekt z okazji 60. rocznicy opisania struktury DNA, Podwójna Helisa.

Jak badać ryzykownie, skoro przesiębiorcy nie są zainteresowani współpracą?

Ośrodek Przetwarzania Informacji (OPI) ogłosił własnie wyniki swojego badania dotyczącego ryzykowności projektów badawczych podejmowanych na polskich uczelniach. Uwagę moją dane te przykuły bardzo w kontekście opublikowanego właśnie sondażu, według którego 61% mazowieckich przedsiębiorców nie jest zainteresowane współpracą z jednostkami naukowo-badawczymi.

Wnioski zarówno z badania OPI, jak i z sondażu są takie, że w Polsce badania naukowe są ograniczone bardzo przez formalności i biurokrację.

Na polskich uczelniach nie podejmuje się ryzykownych badań, ponieważ sposób rozliczania grantów, z których dwie trzecie finansowane są przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, skupia się na formalnej, finansowej stronie projektu, a nie na merytorycznym jego wyniku. Projekty wysokiego ryzyka dają zaś wymierne (finansowo) rezultaty w jednym przypadku na dziesięć. W pozostałych dziewięciu okazuje się, że pomysł, choć potencjalnie znakomity, nie ma zastosowań praktycznych; albo że techniczne rozwiązania potrzebne do zbadania jakiegoś problemu są na razie nieosiągalne; albo wreszcie że hipoteza była błędna lub też doświadczenie dało wyniki negatywne - a tych, jak wiemy, nie da się łatwo opublikować.

Siedzący w ministerstwie urzędnik, który grant musi rozliczyć, może jednak nie mieć właściwych narzędzi, aby ocenić, czy zakończony porażką projekt wniósł coś nowego do nauki, czy też był porażką, bo zajmowały się nim osoby niekompetentne (co przecież też się może zdarzyć). Dlatego sięga po najprostsze rozwiązanie: biurokratyczne wytyczne. Na nic zdadzą się tutaj okrzyki, że kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje - mimo że w nauce jest to stwierdzenie równie prawdziwe jak w biznesie.

Jeśli ktoś sądzi, że rozwiązaniem tutaj jest zwrócenie się o granty unijne, od razu wyjaśniam - nic bardziej mylnego. Europejskie organy są równie nieskłonne do dawania pieniędzy na trudną do zweryfikowania walkę z wiatrakami. Jedyną różnicą jest to, że Unia dysponuje większą ilością pieniędzy, większą liczbą specjalistów zdolnych ocenić plany projektów, a także dobrze zdefiniowaną polityką finansowania (chodzi o te tzw. Framework Programmes) - przez co wie dokładnie, czego oczekuje po projektach.


Skąd więc brać pieniądze na badania o dużym ryzyku? Odpowiedź jest prosta, chociaż większość badaczy zapewne jej nie polubi: od prywatnych inwestorów. Od firm, od korporacji, od przedsiębiorców. Dlaczego więc tak niewiele takich projektów ma w Polsce miejsce? Brak wyrobionych procedur na uczelniach, pozwalających na łatwe podejmowanie współpracy - sugeruje rozmówca PAPu, dr. hab. Sebastian Maćkowski z UMK w Toruniu.

I jak podejrzewam, brak procedur oznacza, że za każdym razem, gdy pojawia się potencjalna możliwość współpracy, ginie ona pod nawałem papierów: gdy procedury tworzone są ad hoc, zmieniane w zależności od tego, którą nogą z łóżka wstał dzisiaj rektor, czy też gdy nagle okazuje się, że nie wiadomo, jakie mają być warunki tejże współpracy (bo nikt w uczonych pieniędzmi ot tak w końcu rzucał nie będzie).

I to jest właśnie główną przyczyną, na którą powołuje się ta ponad połowa mazowieckich przedsiębiorców niechcących pracować z badaczami. Nie to, że badania są dla nich nieinteresujące. Nie to, że sami nie mają środków. Nie to, że mają własne działy badawczo-rozwojowe.

Przyczyną, dla której nasi biznesmeni stronią od uniwersytetów jest biurokracja, czasochłonne i zawiłe procedury i kiepski przepływ informacji w obrębie jednostki.

Nie mam niestety na to żadnej rady, żadnego złotego środka, poza oczywistym: walką z biurokracją. W odróżnieniu jednak od normalnego grzmienia na rząd, parlament i komisję Przyjazne Państwo, tym razem piłeczka leci w stronę samych uczelni. Za stworzenie odpowiednich reguł odpowiadać powinny bowiem właśnie one: za spójną politykę współpracy z prywatnymi inwestorami, za posiadanie prostych i przejrzystych reguł, co firmy za pomoc w finansowaniu (czy też inną) otrzymają, czy też jak dzielone będą potencjalne zyski (z produktów, z patentów).

Chciałbym jednak usłyszeć, co do powiedzenia na ten temat mają władze polskich uczelni i jaka jest ich opinia w kwestii współpracy z polskim biznesem? Być może w końcu, chociaż trudno by mi było w to uwierzyć, ta niechęć do współdziałania jest obopólna...
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...