O autorze
nic prostszego to istniejący od 2009 roku blog naukowy. Autor jest chemikiem z wykształcenia i powołania, biologiem wszelakim z zainteresowania oraz molem książkowym z wychowania, co niewątpliwie bardzo pomaga mu pisać o wielu innych ciekawszych sprawach niż tylko chemia i biologia. Od polityki się raczej odżegnuje, chyba że dotyczy nauki. Ponadto lubi chodzić po górach, a najszczęśliwszy byłby, gdyby w Himalajach był dostęp do baz czasopism. Czasem wpada w dziwny nastrój i mówi o sobie w trzeciej osobie, ale zazwyczaj szybko mi to mija. W serwisie naTemat piszę po godzinach.

Zapraszam też do zaglądania na okolicznościowy projekt z okazji 60. rocznicy opisania struktury DNA, Podwójna Helisa.

Open access - zbawienie czy utrapienie? (tl;dr;bs)

Wraz ze zmianą podejścia badaczy do sposobu publikacji ich badań, jak grzyby pod deszczu w ostatnich latach wyrastały nowe wydawnictwa oferujące możliwość szybkiej publikacji w modelu open access. Wybór jest coraz większy, a funduszodawcy coraz częściej zachęcają do korzystania z takiej formy publikacji. Pytanie tylko, czy zawsze się to opłaca?

Wyjaśnijmy najpierw, o co chodzi z modelem open access. Większość tradycyjnych (pre-open accessowych) czasopism i żurnali naukowych jest dostępna tylko dla subskrybentów. Wydawca, który oczywiście musi ponieść koszt przetworzenia nadesłanego manuskryptu, przeprowadzenia recenzji, składu, druku, kolportacji (w przypadku tych nielicznych pism, które wydawane są wciąż w formie zarówno elektronicznej, jak i papierowej), utrzymywania i zarządzania bazą danych, w której znajdują się elektroniczne wersje prac, i tak dalej, i tym podobne, zarabia na subskrypcjach - na abonamencie płaconych przez biblioteki za dostęp do pism, wszystkich bądź części, na abonamencie od osób prywatnych, na abonamencie od firm.

Oznacza to, że jeśli jesteśmy biedną szarą myszką z małej uczelni, której nie stać na wykupienie dostępu do wielu pism, albo jeszcze lepiej - jesteśmy biedną szarą myszką, która nie ma nawet dostępu do uczelni, a jest tylko członkiem szeroko rozumianej publiki, który chciałby sobie o badaniach poczytać w oryginale, a nie żywić się przetrawioną przez dziennikarza naukowego papką (jeśli jakiś dziennikarz w ogóle podchwycił interesujący nas temat); oznacza to, że owoce pracy naukowej, opłacanej często z naszych podatków, są nam niedostępne.

I coraz więcej ludzi - badaczy i laików - buntuje się przeciw takiemu stanowi rzeczy. Co więcej, zaczynają się buntować także funduszodawcy: dla przykładu, brytyjska fundacja Wellcome Trust, która wykłada rocznie bajońskie sumy na grantu badawcze, żąda już dzisiaj od swoich beneficjentów, aby wyniki badań były publikowane w pismach dostępnych dla szerokiej publiczności za darmo. Z podobną inicjatywą wyszło ostatnio także polskie środowisko naukowe.


Jak to jednak uczynić? Otóż odpowiedzią jest właśnie model open access (czyli wolny dostęp). W tym modelu (tutaj opiszę tylko jedną jego wariację), autorzy badań przekazują wydawcy stałą opłatę, ale w zamian za to ich praca jest dostępna publicznie za darmo. Istnieje już kilka wydawnictw publikujących (głównie ograniczając się do publikacji online) tylko i wyłącznie w tym trybie - dla przykładu, i dla zainteresowanych do rzucenia okiem w przyszłości, do takich instytucji należy Public Library of Science, wydająca pisma PLoS ONE, PLoS Biology, PLoS Medicine i kilka innych, a także open accessowy odłam Springera, BioMed Central, wydający tonę pism biomedycznych. Bardziej tradycyjni wydawcy, z korzeniami sięgającymi początków XIX stulecia, którym nie łatwo jest się tak wprost przestawić całkiem na model open accessowy (a czasem się to po prostu nie opłaca, o tym może kiedyś więcej), powoli zaczynają się jednak dostosowywać, i nawet jeśli większość pism jest wciąż dostępna na bazie subskrypcji, to jednak często pojedyczne artykuły są udostępniane w trybie open access (tzw. model hybrydowy).

O ile co prawda mam zaufanie do PLoS oraz BMC, to jednak łatwo sobie wyobrazić, jak wielkie otworzyło się pole do nadużyć. Bo przecież publikacje typu open access to wymarzony model biznesowy: autorzy płacą za publikację, nie ma więc potrzeby wydawania fortuny na agresywny marketing usiłujący wepchnąć subskrypcje bibliotekom. Publikuje się tylko online, więc odpada skład, druk, kolportacja. Jedyne, czym trzeba się naprawdę zająć – aby móc wciąż twierdzić, że pismo jest nie tylko open accessowe, ale także, co bardzo ważne, recenzowane – jest recenzja.

I tu leży pies pogrzebany. Proces recenzji bowiem (tak, tak, ten osławiony peer-review) jest kwintesencją publikacji naukowej. Aby móc o nauce pełnoprawnie się wypowiadać, nie wystarczy zaplanować i przeprowadzić badań, nie dość opisać wyników, nie satysfakcjonujące jest pojawienie się artykułu w druku. Tym, co weryfikuje poprawność badań, jest recenzja naukowa – anonimowy proces, w trakcie którego dwóch, czasem trzech recenzentów będących specjalistami w dziedzinie, której dotyczy praca, sprawdza jej rzetelność pod kątem projektu, wyników, a nawet cytowania odpowiednich wcześniejszych publikacji (to give the credit where the credit’s due, jak mawiają czasem Anglosasi).

I tenże ważny proces recenzowania jest tym punktem procesu wydawniczego, który łatwo jest niestety nagiąć. Oszukując w ten sposób zarówno autorów, jak i czytelników. Niektórzy naukowcy są jednak bardzo czujni, a historia zna przypadki wysyłania do wydawnictw lub na konferencje publikacji fałszywych. Dotyczy to przede wszystkich publikacji z dziedziny „nauk komputerowych”, czyli programowania i tym podobnych. Z prostej przyczyny: dla wszystkich chętnych od ładnych już kilku lat dostępny jest online generator fałszywych publikacji, SCIGEN – algorytm, który po podaniu w formularzu internetowym zmyślonych imion autorów wytwarza publikację zawierającą pseudonaukowy bełkot.

Pierwszy (chronologicznie) przypadek wykorzystania SCIGENu, o którym słyszałem (zresztą ci żartownisie byli właśnie autorami programu), dotyczył publikacji konferencyjnej: pracę zgłoszono na World Multi-Conference on Systemics, Cybernetics and Informatics w 2005 roku. Następna była publikacja zgłoszona na International Conference on Computer Science and Software Engineering w 2008 roku. Praca przetrwała recenzję i została do prezentacji zaakceptowana! Podobna sytuacja miała miejsce niedawno: wygenerowana przez SCIGEN praca została przyjęta do prezentacji w czasie dwudziestej edycji International Conference on Software Engineering and Data Engineering w 2011 roku.

Największym jednak echem w świecie naukowym odbiła się sprawa z roku 2009. Wówczas to zirytowany spamującymi mailami zapraszającymi do publikacji w jednym z pism wydawnictwa (skądinąd solidnego) Bentham Science student Uniwersytetu Cornella Philip Davis doszedł do wniosku, że ma dosyć. We współpracy z Kentem Andersonem, redaktorem żurnala The New England Journal of Medicine (drugi najwyższy impact factor na świecie) i przy użyciu programu SCIGEN, sprokurował fałszywą publikację, która miała poddać próbie standardy wydawnicze panujące u Benthama.

Panowie użyli jako imion autorów tej fałszywej publikacji pseudonimów David Phillips oraz Andrew Kent, zaś jako swoją afiliację podali Center for Research in Applied Phrenology, czyli w skrócie CRAP (ang. gó**o), co miało być niejaką wskazówką dla redaktorów i recenzentów Benthama. Pracę złożyli do The Open Information Science Journal. Pismo wygląda w miarę rozsądnie: ma akademicki komitet redakcyjny, który składa się z badaczy europejskich i amerykańskich głównie (dzwonek ostrzegawczy u mnie zawsze wywołują komitety składające się z samych Arabów – mówię to ze świadomością, że brzmieć to może rasistowsko, ale miałbym podobne wrażenie, gdyby międzynarodowe pismo miało komitet składający się też z samych Polaków); jest indeksowane tu i tam. Co jednak powinno zastanowić, to maleńka liczba publikacji w tym piśmie.

Cztery miesiące po zgłoszeniu publikacji Davis otrzymał z wydawnictwa maila informującego go, że artykuł został już poddany recenzji i został zaakceptowany do publikacji. A teraz proszę nam zapłacić $800. Na tym etapie Davis wycofał publikację. I rozreklamował całą aferę.

Bambang Parmanto, ówczesny główny redaktor pisma przyznał nieco później w rozmowie z Nature, że nie widział ani publikacji, ani recenzji. Nie poinformowano go także, że manuskrypt został zaakceptowany do publikacji. Nazwał to złamaniem polityki firmy i podał się do dymisji. I można powiedzieć, że trudno go winić za nadgorliwość jakiegoś pomniejszego redaktora. Ale z drugiej strony, co to za główny redaktor, który nie czyta publikacji wydawanych w jego piśmie, zwłaszcza w sytuacji, gdy publikowanych jest mniej niż 100 stron manuskryptów rocznie.

Dyrektor ds. publikacji wydawnictwa Bentham potępił zaś cały eksperyment nazywając go nieetycznym. Uparcie twierdził też, że publikację z pewnością recenzowały co najmniej dwie osoby. Co oznacza, że albo łgał, albo recenzenci Benthama są funta kłaków niewarci. Sam Davis podkreślał, że ani raz w tym okresie czterech miesięcy między złożeniem pracy, a jej akceptacją do publikacji nie próbowano się z nim w żaden sposób skontaktować, nie przesłano mu żadnych uwag od recenzentów (co już samo w sobie jest zaskakujące), nie próbowano zweryfikować jego tożsamości (wydawnictwo twierdzi, że wiedzieli o oszustwie od początku i próbowali).

Wniosków nasuwa się kilka.

Po pierwsze, byłoby to z wielką szkodą dla naukowego przemysłu wydawniczego, gdyby ta i podobne afery odstraszały badaczy od publikowania w systemie open access.

Po drugie, jedna czarna owca nie czyni jeszcze z Benthama jakiegoś zbója: wydawnictwo publikuje kilka pism o bardzo rozsądnych impact factorach (chociaż niekoniecznie open accessowych), co już samo w sobie jest jakimś tam wyznacznikiem jego jakości.

Po trzecie jednak, każdy badacz, który rozpatruje możliwość publikacji open access, albo czuje się mile połechtany zaproszeniami do publikacji tu i tam, powinien się dobrze zastanowić nad tym, czy warto. Bo zwłaszcza w takiej sytuacji jaką mamy tutaj, gdy firma ogólnie ma niezłą renomę, ale niektóre jej działy nie dorównują jakością proponowanych usług innym, łatwo jest się dać nabić w butelkę.

Młodym badaczom (posiadającym środki do publikowania w otwartym dostępie) doradzić mogę tyle: zwrócić się zawsze możecie do tradycyjnych wydawców i ich systemów hybrydowych. Albo do bardziej renomowanych pism open accessowych, takich jak PLoS ONE, które impact factor też ma przyzwoity, a do publikacji przyjmuje wszystko, co tylko ma solidne podstawy naukowe – prace przechodzą oczywiście proces recenzji, ale nie usłyszycie od nich, że manuskryptu nie opublikują, bo nie pasuje do profilu pisma, lub nie jest wystarczająco trendy.


P.S. Wyjaśnienie tl;dr;bs - tutaj.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...