O autorze
nic prostszego to istniejący od 2009 roku blog naukowy. Autor jest chemikiem z wykształcenia i powołania, biologiem wszelakim z zainteresowania oraz molem książkowym z wychowania, co niewątpliwie bardzo pomaga mu pisać o wielu innych ciekawszych sprawach niż tylko chemia i biologia. Od polityki się raczej odżegnuje, chyba że dotyczy nauki. Ponadto lubi chodzić po górach, a najszczęśliwszy byłby, gdyby w Himalajach był dostęp do baz czasopism. Czasem wpada w dziwny nastrój i mówi o sobie w trzeciej osobie, ale zazwyczaj szybko mi to mija. W serwisie naTemat piszę po godzinach.

Zapraszam też do zaglądania na okolicznościowy projekt z okazji 60. rocznicy opisania struktury DNA, Podwójna Helisa.

Historia pewnego oszusta

Kilka dni temu przy okazji pisania o wpadce naukowców z projektu OPERA, którzy twierdzili, że według ich pomiarów neutrina podróżuję prędzej od światła, Piotr Czauderna przywołał kilka innych przypadków badaczy, którzy popełnili niewinne gafy - lub znacznie bardziej poważne oszustwa. Na koniec swojego tekstu wspomniał zaś o Koreańczyku Hwangu Woo-Suku, który świat naukowy zwodził przez kilka lat twierdząc, że udało mu się sklonować człowieka. Przypadek Koreańczyka był głośny przede wszystkim ze względu na kontrowersyjny temat badań. Jednak skalą oszustwa nie dorównywał ani trochę znacznie większemu szwindlowi, który chociaż został w końcu wykryty, przetrwał w najlepsze prawie dekadę. Mowa o przypadku młodego (wówczas) Niemca, Jana Hendrika Schöna.

Jan Hendrik Schön zdołał na kilka lat przekonać świat, że dokonał rewolucji w dziedzinie badań nad superprzewodnikami, laserami i nanotechnologią. W czasie zaledwie 5 lat opublikował ponad 60 prac, z tego 8 w Science, 7 w Nature, a także 6 w Physical Review oraz Physical Review Letters.

W chwili obecnej wszystkie te publikacje zostały wycofane.

Kariera naukowa Schöna zaczęła rozkwitać pod koniec lat 90. W 1997 obronił doktorat z fizyki na małej, lecz solidnej, niemieckiej uczelni w Konstanz. Wkrótce po tym znalazł on pracę w słynnych Bell Labs. W czasie swojego pobytu w tej firmie często jednak powracał do Konstanz, aby (jak twierdził) prowadzić dodatkowe eksperymenty.

W 1999 roku po pobycie w Konstanz powrócił do Bell Labs twierdząc, że udało mu się stworzyć tranzystor polowy z kryształów pentacenu wyhodowanych przez jego kolegę w Bell Labs, Christiana Kloca. Miał to być pierwszy w historii nauki tranzystor zbudowany – czy raczej może stworzony – z pojedynczych molekuł. W ogóle zresztą Schön z materiałami organicznymi miał dokonywać cudów. W jego boskich rękach nabywały nowych właściwości, działając jak tranzystory, zamieniając się w nadprzewodniki, lasery i złącza Josephsona. Elektronika nareszcie miała się wyrwać z okowów krzemu.


Dzisiaj, 10 lat później, z pewnością możemy powiedzieć, że nadal w tych okowach tkwi. Jednak w 1999 i kolejnych latach wyniki Schöna uskrzydliły badaczy i spowodowały napływ gotówki do grup gotowych podjąć się duplikacji jego wyników, i podążyć tym śladem rozwoju fizyki materiałów.

Prawda o tym, skąd wzięły się te wyniki wypłynęła na wierzch w 2002, w trakcie oficjalnego śledztwa badającego sprawę. Zanim jednak do tego doszło, Schön opublikował ponad 20 prac jako pierwszy autor w prestiżowych Science i Nature oraz journalowej mekce fizyków – Physical Review.

W okolicach 2000 roku coraz więcej fizyków zaczęło zadawać coraz bardziej kłopotliwe pytania. Grupa Dana Frisbie i Allena Goldmana z Uniwersytetu Minnesoty próbowała powtórzyć wyniki Schöna, a gdy to się nie udawało – a nie udawało się na wielu etapach eksperymentu, na niemal każdym z których Niemiec twierdził, że dokonał przełomu – skontaktowali się z Schönem bezpośrednio próbując uzyskać od niego jakieś wskazówki. Żadna z jego rad jednak nie pomogła i grupa ostatecznie porzuciła ten kierunek badań, zmarnowawszy jednak wcześniej pieniądze, czas i prawdopodobnie kawałek kariery jakiegoś biednego post-doca. Schön został też oskarżony o oszustwo przez pracowników Bell Labs pod koniec 2001, jednak w czasie, który został mu przyznany na wyjaśnienia, zdołał sfabrykować jeszcze więcej danych, które miały potwierdzać jego rezultaty. Wreszcie na początku 2002 roku dwie badaczki z Bell Labs, Julia Hsu i Lynn Loo, pracując nad patentem związanym tematycznie z badaniami Niemca, spostrzegły, że wykresy w jego publikacjach są zduplikowane. Schön stwierdził wówczas, że jest to błąd w druku.

W międzyczasie jednak prace Niemca śledzili inni badacze, bynajmniej nie powiązani z koncernem, w którym pracował. Profesor Lydia Sohn z Princeton także na bieżąco obserowowała jego publikacje i – niezależnie od Hsu i Loo – także dostrzegła zduplikowane wykresy. Razem z Paulem McEuenem z Cornell znaleźli kolejne przykłady duplikacji i węsząc jednak coś więcej niż tylko drukarskiego chochlika, zwrócili się o wyjaśnienie do Bell Labs.

Sprawa zaczynała powoli cuchnąć, Bell Labs powołało więc komisję do zbadania problemu. W trakcie tego śledztwa Schön ostatecznie wyjaśnił, w jaki sposób uzyskał swoje wyniki, jakim cudem zaobserwował zjawiska, których nikt inny nie mógł zaobserwować, tworzył urządzenia, których nikt inny nie umiał stworzyć, otrzymywał rezultaty potwierdzające hipotezy co do joty.

Otóż Jan Hendrik Schön uprawiał naukę wsteczną. Zamiast postawić hipotezę, a następnie dowieść eksperymentem, że jest prawdziwa lub nie, Schön zaczynał raczej od wniosków, jakie chciałby otrzymać, a następnie sklecał wyniki i fabrykował dane tak długo, aż otrzymywał “rezultaty”, które prowadziły do tych konkluzji. Rezultaty zresztą w cudzysłowie, gdyż dzisiaj podejrzewa się, że większość, jeśli nie wszystkie, z jego urządzeń nigdy nie istniała.

Ostatecznie komisja uznała, że Schön dopuścił się różnego rodzaju manipulacji i malwersacji w przypadku ponad 20 prac. Tuż po opublikowaniu raportu komisji został zwolniony z Bell Labs

Publikacje, których dotyczyło śledztwo, zostały w całości lub w częściach wycofane. Uniwersytet w Konstanz przeprowadził niezależne dochodzenie, aby sprawdzić, czy Schön nie oszukiwał już w czasie swojego doktoratu. Chociaż nie doszukano się śladów fabrykacji danych w jego pracy doktorskiej, uczelnia uznała (w świetle tej jakże złej prasy), że Schön dopuściwszy się oszustw na taką skalę nie zasługuje na miano doktora i pozbawiła go tytułu.

Czyli nauka zatriumfowała znowu.

Otóż nie do końca.

W trakcie śledztwa prowadzonego w Bell Labs podejrzanym nie był jedynie Schön, ale także innym 20 współautorów jego prac. Jednak jedynie Niemca – jako głównego autora i osobę odpowiedzialną za większość części eksperymentalnej – uznano winnym. Pojawia się pytanie: nawet jeśli pozostali autorzy nie brali udziału w fałszerstwie, czy nie są winni całej sytuacji w jakimś stopniu? Fakt, że sami nie spostrzegli nieprawidłowości w pracy Schöna, świadczy, że zgodzili się – prawdopodobnie tylko dla sławy – podpisać swoim nazwiskiem coś, czego być może nawet nie czytali. Co więcej, zwłaszcza w przypadku pierwszych publikacji, bo później to był już zapewne efekt lawinowy, poparli swoim autorytetem pracę Niemca. Nie wiadomo, czy gdyby Bertram Batlogg, przełożony Schöna i światowej sławy ekspert od nadprzewodników, nie znalazł się jako autor na pierwszych (i wszystkich kolejnych zresztą też) publikacjach, to czy w ogóle doszłoby do publikacji tych prac. A mógł tu zadziałać u recenzentów zwykły mechanizm obronny – ponieważ autorem jest takiej klasy ekspert, więc to nie może być bubel. Otóż nieprawda. Jak widać może. Sam Batlogg miał zaś później powiedzieć: Jeśli jestem pasażerem, który siedzi w aucie przejeżdżającym skrzyżowanie na czerwonym świetle, to nie jest to moja wina . Stosując tę analogię należałoby jednak powiedzieć, że Batlogg, jeśli nawet był pasażerem, to z uprawnieniami egzaminatora na prawo jazdy. I jest to sprawa niezwykle przykra (chociaż poniekąd zrozumiała – nikt nie lubi być oskarżany o kłamstwa), bo Batlogg oraz inni jego koledzy, nie mieli żadnych zastrzeżeń, gdy trzeba było się dzielić sławą, ale gdy przyszło do dzielenia odpowiedzalności, nagle zapomnieli, że mieli z tym coś wspólnego…

Innym dość przerażającym aspektem całej sprawy jest fakt, że niektóre z wycofanych publikacji Schöna były już po wycofaniu wciąż wielokrotnie cytowane! Schön zaś do dzisiaj twierdzi, że wszystko, o czym pisał, jest prawdą, tylko niestety nie ma tego jak dowieść.

Paradoksalnie w całej tej sytuacji należy dodać, że fałszerstwa Schöna nie dyskwalifikują podwalin naukowych jego badań. Stosowanie związków organicznych w elektronice nadal jest swego rodzaju świętym Graalem, ale fakt, że stało się to przedmiotem tego niefortunnego humbugu, nie oznacza, że nie jest to osiągalne lub że jest to niemożliwe. Oznacza to jedynie, że być może droga jest inna do tej zaproponowanej przez Schöna. A może nawet ta sama – tylko po prostu ktoś musi w końcu wykonać te eksperymenty w taki sposób, aby inni mogli je powtórzyć.

Więc może kiedyś będziemy jednak posługiwać się niekrzemową elektroniką. Pierwszy – po raz kolejny – krok w tym kierunku uczyniła grupa Koreańczyków. Pod koniec 2009 roku opublikowali oni pracę w Nature, w której zaprezentowali tranzystor zbudowany z pojedynczej cząsteczki benzenu. Ich tranzystor nie jest ani trochę tak cudowny, bezbłędny i zaawansowany, jak wyidealizowane twory Schöna, ale jest szansa, że tym razem po prostu jest…
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...