O autorze
nic prostszego to istniejący od 2009 roku blog naukowy. Autor jest chemikiem z wykształcenia i powołania, biologiem wszelakim z zainteresowania oraz molem książkowym z wychowania, co niewątpliwie bardzo pomaga mu pisać o wielu innych ciekawszych sprawach niż tylko chemia i biologia. Od polityki się raczej odżegnuje, chyba że dotyczy nauki. Ponadto lubi chodzić po górach, a najszczęśliwszy byłby, gdyby w Himalajach był dostęp do baz czasopism. Czasem wpada w dziwny nastrój i mówi o sobie w trzeciej osobie, ale zazwyczaj szybko mi to mija. W serwisie naTemat piszę po godzinach.

Zapraszam też do zaglądania na okolicznościowy projekt z okazji 60. rocznicy opisania struktury DNA, Podwójna Helisa.

Buzzword miesiąca - komunikacja naukowa

W połowie czerwca w Wielkiej Brytanii odbyła się międzynarodowa edycja konkursu dla młodych "komunikatorów naukowych" (po polsku mówimy po prostu: popularyzatorów nauki). Drugie miejsce zajęła w nim zwyciężczyni polskiej edycji, młoda chemiczka z Uniwersytetu Jagiellońskiego, Monika Koperska. Nauka w Polsce pisze dzisiaj o rozmowie, którą odbyli z Moniką, na temat komunikacji naukowej.

Konkurs, w którym Monika wzięła udział, to osławiony Famelab - rywalizacja, w której młodzi uczeni z wielu krajów starają się w przeciągu trzech zaledwie minut wyjaśnić laikom, o co chodzi w ich badaniach. Oto, jak Monika prezentowała się w polskiej edycji:



W trakcie wyjazdu na główną imprezę w Wielkiej Brytanii Monika okazała się lepsza od reprezentantów 17 innych krajów - uległa tylko zwycięzcy edycji, Didacowi Carmonie z Austrii. Przed wyjazdem jednak wzięła udział (wraz z pozostałymi finalistami polskiej edycji Famelabu) w warsztatach prowadzonych przez Jacka Wasilewskiego z Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego oraz Malcolma Love - szkoleniowca specjalizującego się w komunikacji z szeroko pojętą publiką, który pracuje między innymi jako konsultant Imperial College, trenując naukowców w tym, jak powinni wypowiadać się publicznie o swoich badaniach by być zrozumianymi. Te warsztaty były najwyraźniej objawieniem, bo Nauce w Polsce polska badaczka powiedziała:

"To były dwa dni, które nam wszystkim otworzyły oczy. Ktoś po raz pierwszy powiedział nam jak należy mówić, by być zrozumianym. Ktoś powiedział jakich słów należy używać, a jakich nie należy. Jak dobierać metafory, przenośnie, a później jak rozmawiać z mediami. To są rzeczy, których w Polsce naukowców zupełnie się nie uczy."


Monika przeszła następnie do omawiania tego, że w Wielkiej Brytanii o nauce mówi się inaczej niż w Polsce - niekoniecznie więcej, po prostu efektywniej. Rzeczywiście, na wielu uczelniach można robić studia na kierunku Science Communication, czyli Komunikacja Nauki. W Polsce odpowiednikiem są studia z dziennikarstwa naukowego - ale ile takich kierunków istnieje w całym kraju, trudno mi powiedzieć. Kilka lat temu UJ podjął próbę wprowadzenia studiów podyplomowych, ale koncept padł bardzo szybko.

Z jednej strony więc, na polskich uczelniach nie uczy się młodych badaczy, jak naukę dobrze popularyzować, bo od tego w końcu są dziennikarze naukowi. Z drugiej strony zaś, dziennikarzy naukowych nigdzie formalnie się nie szkoli - są nimi więc zazwyczaj ludzie, którzy po studiach, czasem krótkiej pracy badawczej, postanowili, że jednak wolą o nauce pisać niż się nią zajmować i powolutku, powolutku wyuczyli się lepiej lub gorzej dziennikarskiego rzemiosła. Świadectwem jednak tej naukowo-dziennikarskiej bidy niechże będzie to, że Polskie Stowarzyszenie Dziennikarzy Naukowych ma na dzień dzisiejszy 47 członków. W tym samym czasie brytyjski jego odpowiednik, Association of British Science Writers, ma członków w swoim publicznym katalogu prawie dwustu, a prawdopodobnie znacznie, znacznie więcej: do stowarzyszenia należą bowiem nie tylko dziennikarze sensu stricto, ale także autorzy książek popularnonaukowych, rzecznicy prasowi różnych instytucji naukowych, osoby pracujące przy różnego rodzaju przedsięwzięciach popularyzujących naukę itd., itp.

Z punktu widzenia jednak polskich dziennikarzy zapewne to i lepiej, gdyż i forum w Polsce jest znacznie węższe. Bo co prawda jeśli chodzi o ilość wydawanych dużych pism popularnonaukowych, to nie mamy się czego wstydzić, to jednak gdy zerknie się na nakłady tych pism, okazuje się, że polskie ledwo do kogo docierają. Dla przykładu, największy w Polsce nakład ma Focus (nie jest to jednak "rdzennie" polskie pismo) z 170 tysiącami egzemplarzy, a z polskich wydawnictw - Wiedza i Życie z 71 tysiącami. Sztandarowe pismo brytyjskie, New Scientist, ma nakład blisko 140 tysięcy egzemplarzy. Zanim jednak zaczniecie się cieszyć, uwzględnijcie to, że w odróżnieniu od Focusa i WiŻ jest on tygodnikiem!

Możnaby tak dalej porównywać i na jedno wyjdzie: ta tak z angielska nazwana komunikacja nauki - czyli po prostu jej popularyzacja - leży u nas i donośnie kwiczy. Nie winię tutaj oczywiście dziennikarzy naukowych (chociaż bywa, że czytając świetny tekst nagle natykam się na jakiś koszmarny zgrzyt - i to u tych najlepszych, nagradzanych dziennikarzy, a nie nawet początkujących [nikomu nic nie ujmując] reporterów naTematu). Dziennikarz może bowiem tylko tyle, na ile pozwala mu wydawca. A wydawca pozwala mu tylko na tyle, na ile pozwala im czytelnik. A czytelnicy w Polsce są tacy... No właśnie, jacy są w Polsce czytelnicy?

Polska publiczność wpadła bowiem w stan dychotomii. Z jednej strony nagminnie i dość powszechnie ubolewamy nad tym, że brak dobrych tekstów popularnonaukowych - czyli takich, które nie traktowałyby czytelnika jak skończonego idioty. Z drugiej strony jednak wcale nie tak wiele osób jest w stanie dotrwać do końca tekstu naukowego dłuższego niż dwie strony. I tu pojawia się problem, bowiem nauka staje się tak szybko tak niesamowicie zaawansowana, że często zanim przejdziemy do wyjaśniania detali jakiegoś odkrycia, czytelnikowi trzeba urządzić mały crash-kurs przypominający podstawy czy to fizyki, czy to biologii.

Niewątpliwie pewnym rozwiązaniem tego problemu - chociaż tylko częściowym - jest Famelab, który może nie tłumaczy problemów dogłębnie, ale wyjaśnie badania młodych naukowców na tyle, aby wzbudzić w nas iskierkę ciekawości, w ciągu trzech minut w trakcie których potrafimy skupić naszą uwagę. Jak mówi Monika:

"Nie myślałam, że to jest możliwe, teraz wiem że jest. Zastanawiałam się czemu akurat trzy minuty? Teraz wiem: to jest najdłuższa forma jaką da się sprzedać w internecie i czas, w którym ludzka uwaga utrzymuje się na najwyższym poziomie."

A resztę po tych trzech minutach doczytać możemy już sobie sami.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...