O autorze
nic prostszego to istniejący od 2009 roku blog naukowy. Autor jest chemikiem z wykształcenia i powołania, biologiem wszelakim z zainteresowania oraz molem książkowym z wychowania, co niewątpliwie bardzo pomaga mu pisać o wielu innych ciekawszych sprawach niż tylko chemia i biologia. Od polityki się raczej odżegnuje, chyba że dotyczy nauki. Ponadto lubi chodzić po górach, a najszczęśliwszy byłby, gdyby w Himalajach był dostęp do baz czasopism. Czasem wpada w dziwny nastrój i mówi o sobie w trzeciej osobie, ale zazwyczaj szybko mi to mija. W serwisie naTemat piszę po godzinach.

Zapraszam też do zaglądania na okolicznościowy projekt z okazji 60. rocznicy opisania struktury DNA, Podwójna Helisa.

Niezwykła historia JQ1

Wielokrotnie już zwracałem uwagę na to, że w nauce niewiele rzeczy sprzedaje się tak dobrze, jak seks. Moich racji dowiodła historia JQ1 - związku, którego antykoncepcyjne działanie opisali amerykańscy badacze w pracy opublikowanej wczoraj w prestiżowym piśmie biologicznym Cell.

Wzmiankę o tej pracy przeczytać możecie w naTemacie tutaj (oraz na stronach magazynu Science, tutaj; i niewątpliwie na wielu innych stronach newsowych). Główna wiadomość jest następująca: badacze przetestowali JQ1 na myszach i odkryli, że po pierwsze molekuła ta obniża liczbę plemników w spermie do takiego poziomu, że zapłodnienie staje się statystycznie niemal niemożliwe, po drugie zaś - i to jest znacznie ważniejsze odkrycie - że efekt ten jest odwracalny.

Oznacza to, że potencjalnie, jeśli ten efekt udałoby się potwierdzić u ludzi, doprowadzić by to mogło do stworzenia antykoncepcyjnej tabletki dla mężczyzn. W innym przypadku pozostanie nam kolejny środek do chemicznej sterylizacji.

W tym szale za seksownymi doniesieniami umyka znacznie jednak ciekawsza historia związana z JQ1. Przytoczył ją w zeszłym tygodniu, w znakomitym skądinąd tekście, tygodnik Nature; ja więc tylko tutaj powtórzę.

Odkrycie JQ1 to opowieść o podróży jednego człowieka w poszukiwaniu leku na niezwykle rzadki, ale i niezwykle agresywny nowotwór: tzw. NMC (od ang. nazwy NUT midline carcinoma). Jay Bradner, bo o nim mowa, lekarz i chemik prowadzący obecnie własny lab na Harvardzie, w Instytucie Badań nad Rakiem Dana-Farber (popularnie nazywanym po prostu Dana-Farber), z NMC po raz pierwszy spotkał się w 2008 roku, gdy o pomoc zwrócił się do niego inny lekarz pracujący w Brigham and Women's Hospital (szpitalu także będącego częścią Harvardu), Chris French, który borykał się z ciężkim przypadkiem NMC - dla pacjenta nie było już innego ratunku niż terapie ekspetymentalne.

French już kilka lat wcześniej odkrył, że z patogenezą NMC związane są dwa geny, BRD4 i NUT. French i Bradner wpadli na pomysł, aby zmusić białka kodowane przez te geny do działania na obrotach znacznie większych niż normalnie - powodując, że w natłoku zajęć zapominały robić to, co prowadziło do pojawienia się nowotwrou. Aby do tego doprowadzić potrzebowali związku, który zadziałałby na te dwa białka. Wykorzystali do tego komercyjnie dostępny lek, Vorinostat.


Posunięcie było ryzykowne i desperackie: pacjentem był 10-letni chłopiec, dla którego lek był jedyną deską ratunku. Lek został najpierw przetestowany na komórkach rakowych pobranych od chłopca. Następnie zaś poddano leczeniu pacjenta. Chociaż nowotwór zaczął się wycofywać, leczenie było jednak zbyt toksyczne i organizm chłopca nie wytrzymał. Krótko po przerwaniu agresywnej terapii zmarł.

Nie mam wątpliwości, że przypadek ten - pierwsze zetknięcie z tym paskudnym nowotworem, iskierka nadziei i ostateczna klęska - musiał mieć na Bradnera niesamowity wpływ. Był na pewno zaś wystarczający, aby zmusić go do zastanowienia nad tym, jak to małe białko BRD4 może powodować taką okropną chorobę i czy może w nim właśnie należy doszukiwać się odpowiedzi na pytanie - jak leczyć NMC.

Ostatecznie Brander dotarł do badań, które sugerowały, że leki oparte na strukturze diazepiny mogą hamować funkcje tego białka.Problem polegał na tym, że komercyjnie dostępne leki o takiej strukturze (a jest ich mnóstwo, należą do tej grupy na przykład leki przeciwlękowe takie jak Xanax) nie działały wystarczająco aktywnie. Grupa Bradnera rozpoczęła więc poszukiwania związków o podobnej strukturze, jednak o znacznie większej aktywności. Prawie pół tysiąca zsyntetyzowanych od podstaw pochodnych diazepiny później znaleźli jednego kandydata: JQ1 - nazwanego od imienia naukowca zajmującego się w labie Bradnera syntezą związków, Jun Qi.

JQ1, którego działanie Bradner z kolegami opisał w kolejnej pracy w Nature, został przetestowany na komórkach pochodzących od kolejnego jeszcze nawet nie trzydziestoletniego pacjenta z NMC. Niestety także i ten pacjent zmarł, jak i kolejny, na którym testowano lek.

Zdaję sobie sprawę z tego, że historia w tym momencie zaczyna robić się nieco dołująca, więc przejdę do rzeczy: NMC jest nowotworem niezwykle ciężkim do leczenia, ale także i niezwykle rzadkim (w ostatniej dekadzie zdiagnozowano mniej niż 100 przypadków - nie jestem pewien, czy jest to tylko w Stanach Zjednoczonych, czy w skali globalnej). A więc i kandydatów do leczenia jest mniej, a znalezienie właściwej dawki, właściwego protokołu terapii nie jest sprawą łatwą. Niemniej jednak JQ1 daje powody do optymizmu.

Po pierwsze, JQ1 działa w dość interesujący sposób - na poziomie epigenetycznym, to znaczy reagując z DNA, ale nie zmieniając jego struktury, a jedynie pewne powierzchowne na nim modyfikacje, których znaczenie dopiero zaczynami powoli odkrywać. Epigenetyka jest dziedziną względnie nową i dlatego z jednego strony nie rozumiemy jej jeszcze wystarczająco, aby defitywnie oceniać potencjał leków takich jak JQ1, ale z drugiej strony rozumiemy ją już dość, aby jednak docenić mechanizm działania tych związków.

Drugi powód do optymizmu jest niezwiązany z JQ1 jako lekiem - jest związany z tym, jak Bradner potraktował cały problem odkrywania leków, co zresztą też doprowadziło do odkrycia działania antykoncepcyjnego tej cząsteczki.

Badacze zajmujący się poszukiwaniem nowych leków zazwyczaj strzegą swych badań bardziej niż Departament Skarbu Fortu Knox. Lata badań bowiem prowadzą często do jednego - jak dobrze pójdzie! - związku, który może, tylko może, ale nie musi, mieć potencjał, aby działać dość dobrze, żeby przejść próby kliniczne, zostać zatwierdzonym przez FDA i trafić na rynek.

Dlatego to, co robi Bradner, spotyka się ze zdziwieniem z jednego strony, a z podziwem z drugiej strony: a mianowicie, trochę w podobny sposób jak dekady temu George Gey rozsyłał po świecie komórki HeLa, Jay Bradner udostępnia każdemu chętnemu JQ1. Niewątpliwie zaprocentuje to wysypem lepszych i gorszych publikacji z jego nazwiskiem, ale co ważniejsze, otwiera drogę do znajdowania nowych zastosowań dla tej molekuły w dziedzinach, które samemu Bradnerowi w życiu nie przyszłyby do głowy. Jak na przykad jako męskie tabletki antykoncepcyjne. Ale także w tych mniej seksownych (dosłownie i w przeności), jak na przykład badania nad HIV.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...