O autorze
nic prostszego to istniejący od 2009 roku blog naukowy. Autor jest chemikiem z wykształcenia i powołania, biologiem wszelakim z zainteresowania oraz molem książkowym z wychowania, co niewątpliwie bardzo pomaga mu pisać o wielu innych ciekawszych sprawach niż tylko chemia i biologia. Od polityki się raczej odżegnuje, chyba że dotyczy nauki. Ponadto lubi chodzić po górach, a najszczęśliwszy byłby, gdyby w Himalajach był dostęp do baz czasopism. Czasem wpada w dziwny nastrój i mówi o sobie w trzeciej osobie, ale zazwyczaj szybko mi to mija. W serwisie naTemat piszę po godzinach.

Zapraszam też do zaglądania na okolicznościowy projekt z okazji 60. rocznicy opisania struktury DNA, Podwójna Helisa.

Punkciki, punkciki… I dalej w ogonie Europy

naTemat przytoczył wczoraj fragmenty wywiadu Adama Leszczyńskiego z Gazety Wyborczej z byłym wiceprezesem PAN, historykiem profesorem Modzelewskim. Zaintrygowany zajrzałem do Wyborczej. Wykosztowałem się nawet na piano. I włosy stanęły mi dęba.

Po przeczytaniu pełnej wersji wywiadu wrażenia mam mieszane. Jak to w życiu. W pewnych kwestiach z profesorem się zgadzam, w innych nie zgadzam, w jeszcze innych zgadzam tylko trochę. Obawy mam wielkie, że wywiad będzie źródłem niedopowiedzeń i nadinterpretacji. Dlaczego? Profesor Modzelewski wielokrotnie podkreśla w nim, że to, co mówi, dotyczy nauk humanistycznych. Mam jednak wrażenie, że w świat już poszła wieść, że mówi o nauce w ogóle.

"Tak" dla administracyjnego wsparcia badaczy

Z czym się zatem zgadzam? Profesor Modzelewski podkreśla, że naukowcy nie powinni się zajmować pisaniem grantów – od tego powinna być administracja. Nie jest to oczywiście do końca prawda – urzędnik, nawet uczelniany, nie ma wystarczających kompetencji, żeby całe podanie o grant napisać samemu. Podstawowy wkład musi pochodzić od badacza. Urzędnik nie wymyśli przecież, o czym mają być badania, jak je przeprowadzić i jak zanalizować. Może za to przygotować kosztorys, plan projektu, wypełnić wszystkie administracyjne luki w aplikacji. Czy w Polsce naukowcy mają takie administracyjne wsparcie? Nie wiem, ale podejrzewam, że nie. A powinni, niezależnie od tego, czy szukają leku na raka, czy też badają znaczenie wykrzykników w Panu Tadeuszu.

Hirsch przetłumaczony

Z czym się nie zgadzam? Otóż pan profesor posługuje się bardzo populistycznym przykładem, aby zademonstrować problem z indeksem Hirscha. Jakby ten przykład był tylko populistyczny, to bym się nie czepiał. Problem polega jednak na tym, że jest to przykład błędny. Profesor Modzelewski przytacza przykład książki Francisa Fukuyamy Koniec historii, która to pozycja była cytowana przez ostatnie 20 lat na potęgę jako przykład publikacji całkowicie błędnej. Dzieło to odniosło niewątpliwy sukces komercyjny, jednak z indeksem Hirscha nie ma to nic wspólnego. Co więcej, niech i była ta książka cytowana 1000 razy – to jeszcze Fukuyamie indeksu Hirscha nie podniesie. O tym, jak liczony jest indeks Hirscha oraz z jakimi się wiąże zagrożeniami, pisałem kiedyś tutaj.


Wyjaśnię tutaj raz jeszcze na prostym przykładzie. Indeks Hirscha to liczba publikacji danego autora, która ma taką liczbę cytowań, jak ta liczba publikacji. Wyjaśnijmy: powiedzmy, że badacz opublikował 150 prac naukowych. Pierwsza ma 2000 cytowań, druga – 1500, trzecia – 350, czwarta – 40, piąta – 8, szósta – 3, a wszystkie pozostałe jedno albo zero. Czyli badacz ten ma pięć prac, które mają 5 lub więcej cytowań, co oznacza, że jego indeks Hirscha wynosi 5. Co możemy od razu zauważyć? Nie ma znaczenia, czy jego najbardziej cytowana praca, która może być cytowana właśnie dlatego, że jest całkiem błędna, ma 1000, 2000 czy gazylion cytowań. Jego indeks Hirscha nadal wynosić będzie 5 (gdyby to kogoś interesowało, Fukuyama ma h=15 – nieźle jak na badacza z zakresu nauk humanistycznych bądź co bądź).

Problematyczne jest to, że profesor Modzelewski sprowadza ocenę dorobku badacza do indeksu Hirscha. I nie ma tu już znaczenia, czy mówimy o humanistyce, czy o naukach ścisłych. Indeks Hirscha bowiem nigdzie nie jest jedyną miarą. Co więcej, większość naukowców (mam taką cichą nadzieję) zdaje – lub powinna zdawać – sobie sprawę ze słabości tej miary. Jak każda metryka jednak indeks Hirscha ma swoje zastosowania. I w kombinacji z innymi sposobami oceny jest z pewnością użyteczny.

Na koniec (tego wątku) profesor dodaje, że stosowanie indeksów cytowani wynika z technokratycznej chęci mierzenia znaczenia pracy naukowej w sposób obiektywny – czyli z chęci sprowadzenia pomysłów do liczb. I tutaj z panem profesorem nie zgadzam się już zupełnie. Brzmi to bowiem, jakby indeks cytować przyrównywać do lajka na facebooku! Czyli: widzę mema z lolcatem i na zasadzie odruchu Pawłowa klikam. Nic bardziej mylnego. Cytowanie pracy oznacza zrozumienie jej treści; nie jest zawieszone w internetowej próżni. W publikacji znajduje się kontekście; czy to krytycznym, czy afirmacyjnym, czy też jeszcze jakimś innym.

Po angielsku znaczy źle?

Profesor Modzelewski porusza kolejną kwestią, z którą się zgadzam częściowo, ale w zasadzie to jednak nie do końca. Mówi mianowicie, że po angielsku publikacje powinni pisać fizycy albo medycy, bo nie szkodzi to ich dyscyplinie. Humanistyce zaś szkodzi, gdyż hamuje komunikację tej dyscypliny z wykształconą, intelektualnie ambitną publicznością własnego kraju.

Kilka dni temu Emanuel Kulczycki – bloger, filozof i komunikolog prowadzący bloga Warsztat Badacza Komunikacjipopełnił wpis, w którym wyjaśniał dokładnie swoje stanowisko dotyczące punktowania publikacji, cytowań humanistów i języka, w jakim powinni tworzyć swoje prace. W tekście tym z jednej strony podkreślił to, co mówi profesor Modzelewski – że humaniści powinni pisać po polsku, bo badania prowadzą za publiczne pieniądze, więc podatnik powinien być w stanie ich zrozumieć. Ciężko z tym polemizować. Z drugiej jednak strony zaznaczył inny aspekt, który wydaje mi się niezwykle ważny, a który pan profesor całkowicie pominął. Napisał bowiem:

Uważam, że nawet humanistyka (łącznie z filologią polską) powinna pisać po angielsku, jeżeli chce wpuścić świeże powietrze do swojego ogródka.

Profesor Modzelewski traktuje pisanie prac po angielsku jako objaw niewolniczego ulegania Zachodowi. Skoro jednak Justyna Olko (zdobywczyni tego jedynego, wychuchanego grantu ERC) prowadzi badania nad Aztekami, dlaczego pan profesor wychodzi z założenia, że badacz zachodni nie będzie zainteresowany kulturą, literaturą, czy historią Polski? Co więcej, skoro chce komunikować się z wykształconym, ambitnym polskim intelektualistą, czemu przeszkadza mu intelektualista zagraniczny, który przecież o Polsce może chcieć wiedzieć więcej bez konieczności uczenia się naszego nie tak znowu łatwego języka? No i wreszcie też – czemu pan profesor zakłada, że polski ambitny intelektualista nie zna angielskiego?

Z jednej strony zatem pisanie po polsku pozwala nam i owszem dotrzeć do tej publiczności, która nas jako nadawców najbardziej interesuje (tzn. nie mnie osobiście, bo ja w klasyfikacji pana profesora zaliczam się do tych stechnokrazytowanych naukowców ścisłych). Z drugiej jednak strony ogranicza olbrzymią publiczność, która może interesować się nami. A dodatkowo zamyka badania nad szeroko rozumianą polską kulturą w wąskim gronie polskich badaczy. I tak to się kisi we własnym sosie. Jak z przeproszeniem chów wsobny (i proszę mi wybaczyć tę obrazową analogię).

Merytokratycznie czyli jak?

Pan profesor jako środek na tę bolączkę grantów i indeksów i innych „ilościowych” (ta ilościowość, jak próbowałem podkreślić, jest moim zdaniem kwestią opinii) wskaźników proponuje powrót do jakościowej oceny badaczy, opartej na merytorycznym przeglądzie ich dorobku. Niestety, nie do końca rozumiem – ale może wynika to z mojego błędnego rozumienia tego, jak działa system grantowy – jak ta merytoryczna ocena różnić się będzie od oceny grantu dokonywanej obecnie przez recenzentów, którymi są, w miarę możliwości, wybitni uczeni z danej dziedziny. I bardzo bym chciał odpowiedź na to pytanie dostać.

Adam Leszczyński rozmowę pod koniec sprowadza na znajomy tor – zapytuje mianowicie pana profesora Modzelewskiego, jak poprawiłby kondycję polskich nauk humanistycznych. Pan profesor zaś mówi:

Ograniczyłbym się do wołania o powrót do zdrowego rozsądku. To bardzo konserwatywne, podobnie jak i troska o jakość kształcenia elitarnego.[…] Jeżeli w zalewie wtórności i w pogoni za masowością zaniedbamy kształcenia elit, to źle na tym wyjdziemy.

Jest to pogląd niepopularny, bo przeciwstawiający się roszczeniowej postawie młodych Polaków, którzy uważają, że wszystko im się należy. Podczas jednak gdy poprzednie pokolenia uważały, że im się należy w zamian za cierpienia poprzedniej epoki, obecni młodzi uważają, że im się należy i już. Skutkiem tego jest mizerny obraz szkolnictwa polskiego, które bez umiaru idzie w ilość, a nie w jakość. Koniec końców zatem zgadzam się profesorem Modzelewskim. Niezależnie od tego, jak oceniać będziemy dorobek badaczy, jakim językiem i z użyciem jakich platform będziemy się z publicznością komunikować, kondycja nauki w Polsce nie poprawi się, dopóki nie zaczniemy kształcić ambitnych ludzi zainteresowanych nauką, a nie papierem.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...