O autorze
nic prostszego to istniejący od 2009 roku blog naukowy. Autor jest chemikiem z wykształcenia i powołania, biologiem wszelakim z zainteresowania oraz molem książkowym z wychowania, co niewątpliwie bardzo pomaga mu pisać o wielu innych ciekawszych sprawach niż tylko chemia i biologia. Od polityki się raczej odżegnuje, chyba że dotyczy nauki. Ponadto lubi chodzić po górach, a najszczęśliwszy byłby, gdyby w Himalajach był dostęp do baz czasopism. Czasem wpada w dziwny nastrój i mówi o sobie w trzeciej osobie, ale zazwyczaj szybko mi to mija. W serwisie naTemat piszę po godzinach.

Zapraszam też do zaglądania na okolicznościowy projekt z okazji 60. rocznicy opisania struktury DNA, Podwójna Helisa.

Zatruty autorytet

W swoim dzisiejszym wpisie na naTemat „jedyna polska dziennikarka zgłoszona do Pokojowej Nagrody Nobla”, Krystyna Kurczab-Redlich, bierze się za bary z tematem ciężkim – i nieco, moim skromnym, nienominowanym do żadnego Nobla zdaniem, przelicza się z własnymi siłami. Pani redaktor próbuje nam wmówić, że za całe zło tego świata odpowiedzialne jest GMO i firma Monsato.

Pani redaktor w celu popełnienia tej herezji, która w ciągu kilku godzin wywołała prawdziwą burzę w komentarzach, o zdanie zapytała osobęzrównoważoną i rzetelną, a przy tym kompetentną, czyli EWĘ KOZDRAJ, prezeskę lubelskiego Stowarzyszenia Dla Ziemi”. No i zaczęło się.

Chciałbym tylko do tekstu pani redaktor odnieść się pokrótce – większość bowiem stawianych przez nią zarzutów jest nienowa, a do tego dawno sprawdzona i obalona, o czym pani redaktor wiedziałaby, gdyby zadała sobie trud spytania o zdanie innego specjalisty (tak dla odmiany, żeby mieć nieco bardziej obiektywne spojrzenie na rzeczywistość).

Postanowiłem więc panią redaktor wyręczyć i uczyniłem to sam. Zapytałem o zdanie osobę zrównoważoną i rzetelną, a przy tym niebywale kompetentą, czyli PROFESORA PUBMEDA DOTCOMA. Ale i nawet takich zapytań nie potrzeba, żeby chwycić się za głowę czytając tekst pani redaktor. Po kolei zatem, kilka przykładów (a więcej znacznie bardziej dogłębnych komentarzy i ripost znajdziecie pod oryginalnym tekstem). Redaktor Kurczab-Redlich pisze np., że


żeby uprawiać rośliny GMO należy używać środków ochrony roślin herbicydów, które zawierają glifosat, bardzo silną truciznę

Tak się akurat składa, że herbicydów używać trzeba przy hodowli wszystkich upraw. Albo inaczej – nie tyle trzeba, co się chce. Bo proszę spróbować prowadzić gospodarstwo rolne bez stosowania herbicydów i nie zbankrutować po pierwszym roku. Glifosat natomiast to herbicyd, który specjaliści od (fanfara) herbicydów obwołali „prawie idealnym” ze wzlędu na szeroki zakres działania oraz (kolejna fanfara) bardzo niską toksyczność w porównaniu z innymi herbicydami.

Na glebie nimi polanej nie wyrośnie nic oprócz roślin do tych właśnie środków „przyzwyczajonych” (soja np. nazywa się Roundup Ready (gotowa na Roundup).

Prawdą jest, że Roundup jest absolutnie niewybiórczy – ponieważ działa na roślinne enzymy biorące udział w podstawowych procesach metabolicznych, działa tak samo na chwasty, jak i na plony. Stąd też konieczność genetycznego modyfikowania roślin tak, aby mogły one tolerować ten herbicyd (tu jednak, jakby ktoś miał jeszcze wątpliwości, odsyłam do definicji słowa „herbicyd”). Nie jest jednak prawdą, że na glebie polanej glifosatem nic nie wyrośnie – glifosat bowiem wiążąc się z glebą ulega deaktywacji. Dodać tu też należy, że środek ten działa tylko na rośliny rosnące – nie działa prewencyjnie (czyli nie jest tak, że ten zdeaktywowany glifosat z gleby nagle zacznie hamować wzrost roślin). Wreszcie zaś, glifosat związany z glebą może ulegać dalszemu rozkładowi przez bakterie (stąd zapewne nazwanie go „biodegradowalnym”).

Komu to potrzebne? Jasne: tym, co na tym zarabiają. 90% rynku roślin GMO należy do dwóch potentatów, firmy Monsanto i – mniejsza część - do firmy Bayer. Są oni prawie niepodzielnymi właścicielami patentu, który z chęcią odsprzedają.

Tu pani redaktor postanowiła zaś oskarżyć firmy o to, że robią biznes. Na to już nie mam odpowiedzi innej niż sarkastyczne: a co mają zrobić, żeby pani redaktor (i, najwyraźniej, Stowarzyszeniu Dla Ziemi) dogodzić? Zbankrutować? Mam nadzieję, że w buntowniczym zapale przeciw monopolistom tego świata ciepnie pani redaktor za okno swój komputer (bo przecież 90% rynku systemów operacyjnych należy do dwóch potentatów, firmy Microsoft i firmy Apple... Brzmi znajomo?).

Zobowiązujesz się do kupowania co roku kolejnych nasion, nie zbierasz ich z własnego pola

Tutaj kłania się klasyczny argument przeciw GMO: z jednej strony żąda się, aby uprawy GMO były kontrolowane i aby zapewniono, że nie będą się one rozprzestrzeniać w niekontrolowany sposób. To zagwarantowane jest przez produkowanie roślin zasadniczo bezpłodnych. Minusem tej sytuacji jest oczywiście to, że rolnicy co roku muszą kupować nasiona od firmy je produkującej. Więc się tę firmę za to krytykuje. Gdzie tu sens? Gdzie tu logika?

Firma Monsanto zasłynęła m.in. produkcją Aspartamu oraz demonicznego Agent Orange, który wypalił połowę dżungli i jej mieszkańców podczas wojny w Wietnamie.

Im dalej w tekst, tym cześciej pani redaktor używa argumentów, za które – nie żartuję – firma Monsato powinna ją po prostu pozwać o naruszenie dobrego imienia. Nie ma na świecie firmy chemicznej, która w swojej historii nie wyprodukowała takiego czy innego świństwa. Czy to znaczy, że mamy takie firmy piętnować na zawsze? Czy to znaczy, że każdy źle stosowany produkt takiej firmy mamy spisywać na straty? Dla wyrazistego przykładu: talidomid, lek na poranne nudności u ciężarnych pań, który stosowany był szeroko w latach 50’ i 60’ i doprowadzał do okropnych deformacji u dzieci, jest klasycznym przykładem tego, jak życie potrafią zrujnować „złe koncerny”. Nikt nie wspomina o tym, że talidomid jest również skutecznym lekiem na niektóre formy nowotworów.

Abstrahując już od tego, że to dowództwo armii Stanów Zjednoczonych, a nie firma Monsato, podjęła decyzję o takim, a nie innym zastosowaniu Agent Orange.
I tak gawędzi pani redaktor rzucając na prawo i lewo niepotwierdzone niczym (oprócz słów pani Kozdraj) stwierdzenia, żeby nie powiedzieć, że kalumnie.

A kończy tak:

I kto z uporem „wciska nam kit” o nieszkodliwości tej trucizny. - Tyle – w skrócie - pani Ewa Kozdraj.

Pomyślałem więc w końcu: sprawdzę, może pani Kozdraj rzeczywiście jest uznanym autorytetem w dziedzinie badań nad herbicydami, w dziedzinie toksykologii, w dziedzinie nauk rolniczych. Może to, że jest prezesem stowarzyszenia takiego a śmakiego, dodaje jej powagi. Strona Stowarzyszenia jest tutaj. O działalności pro-ekologicznej nie zająka się ani słowem (chociaż wygląda na to, że cele ma szczytne, i chwała mu za to).

Mam nieodparte wrażenie, że pani redaktor do pisania tekstu zabrała się ze z góry założoną tezą. I w pościgu za potwierdzeniem tej tezy, o zdanie zapytała pierwszą z brzegu osobę. Czyniąc krzywdę pani Kozdraj; czyniąc krzywdę sobie; i nie wnosząc, niestety, ani trochę świeżości do obecnej dyskusji na temat szkodliwości lub nie, organizmów modyfikowanych genetycznie.

[edit]
Na koniec, po namyśle, chciałbym przypomnieć jeszcze taką sprawę sprzed dwóch miesięcy: historię badania z tezą, które miało dowodzić szkodliwości GMO, a okazało się pełne szkolnych (żeby nie powiedzieć przedszkolnych, a do tego kompromitujących) błędów i niedociągnięć. I tak się kręci anty-GMOowy biznes. Więcej tutaj.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...