O autorze
nic prostszego to istniejący od 2009 roku blog naukowy. Autor jest chemikiem z wykształcenia i powołania, biologiem wszelakim z zainteresowania oraz molem książkowym z wychowania, co niewątpliwie bardzo pomaga mu pisać o wielu innych ciekawszych sprawach niż tylko chemia i biologia. Od polityki się raczej odżegnuje, chyba że dotyczy nauki. Ponadto lubi chodzić po górach, a najszczęśliwszy byłby, gdyby w Himalajach był dostęp do baz czasopism. Czasem wpada w dziwny nastrój i mówi o sobie w trzeciej osobie, ale zazwyczaj szybko mi to mija. W serwisie naTemat piszę po godzinach.

Zapraszam też do zaglądania na okolicznościowy projekt z okazji 60. rocznicy opisania struktury DNA, Podwójna Helisa.

Dzieciaki rozwydrzone – strach się bać

Raz na kilkanaście lat Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne przychodzi wszystkim psychologom i psychiatrom z pomocą i publikuje wytyczne służące do pomocy w diagnozowaniu różnorakich mentalnych schorzeń i niedogodności. Publikacja nazywa się Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders, w skrócie DSM, a w maju oczekiwana jest jej piąta edycja. I co się w niej nie zmieni!

Pomimo tego, że DSM-V, jak pieszczotliwie o wytycznych mówią specjaliści, jeszcze się nie ukazało, wiadomo z grubsza, jakich zmian można oczekiwać. I niektóre z tych zmian już wzbudzają bardzo wiele emocji. Jednym z głównych zarzutów jest nad-interpretacja wielu zachowań i próba sklasyfikowania ich jako zaburzeń, co – zdaniem fachowców – prowadzić będzie do nadmiernego zapisywania różnego rodzaju medykamentów w sytuacjach, gdy są one całkowicie zbyteczne.

Tutaj kilka spektakularnych przykładów, które mnie – jako niespecjalistę – powaliły na kolana (podaję w nawiasach angielskie nazwy, bo jest spora szansa, że moje tłumaczenia nie pokrywają się z fachowym polskim słownictwem). Słowa uprzedzenia: hipochondrycy nie powinni czytać dalej, bo doprowadzić ich to może do rozpaczy.

Zacznijmy od sytuacji, która niestety czeka prędzej czy później większość z nas: żal po utracie bliskiej osoby (ang. grief). Do tej pory żal – smutek – depresja mające miejsce przez pierwsze kilka miesięcy po śmierci najbliższych uważane było za naturalne zachowanie, sposób radzenia sobie z trudną emocjonalnie sytuacją. Dopiero gdy taka depresja trwa dłużej niż kilka miesięcy, zaczyna się ją traktować jak kliniczne schorzenie wymagające leczenia farmakologicznego. DSM-5 tę sytuację jednak zmienia: według nowych wytycznych, już osoby trwające w żałobie (emocjonalnej) przez dłużej niż kilka tygodni będą diagnozowane jako będące w regularnej depresji (ang. major depressive disorder). To z kolei może prowadzić do stosowania leków zamiast normalnego przetwarzania trudnej sytuacji, przez które każdy powinien przejść sam.


Idąc dalej – strzeżcie się oldboje! Zdarza się Wam czasem zapomnieć, gdzie wieczorem zostawiliście kluczyki, albo co żona kazała Wam kupić w drodze do domu? Lekka zapominalskość nie musi być od razu objawem demencji, ani co gorsza Alzheimera – to po prostu starość nie radość i nic się na to nie poradzi. DSM-5 jednak zamierza sklasyfikować ją jako schorzenie neurokognitywne (ang. minor neurocognitive disorder) – prawdopodobnie prowadząc do tego, że więcej osób będzie się niepotrzebnie martwić trudnymi psychiatrycznymi nazwami całkiem bez powodu, ale nijak nie polepszając jakości leczenia u osób, które rzeczywiście cierpią na demencję lub choroby neurodegeneracyjne.

Jedną z nowych diagnoz będzie schorzenie osobowości melancholijnej (lub depresyjnej, ang. depressive/ melancholic personality disorder), które objawiać ma się mało radosnym usposobieniem, niską samooceną, zamartwianiem się, pesymizmem, poczuciem winy. Nie bardzo wiem, jak powiedzenie komuś, że takie zachowanie jest objawem schorzenia może im pomóc (ale co ja tam wiem). Co gorsza, taką diagnozę można by spokojnie postawić 90% nastolatków - to dopiero byłby żart biologiczny stulecia: dorastanie jako schorzenie umysłowe. Jako oddzielne schorzenie w DSM-5 sklasyfikowane jest także zachowanie pasywno-agresywne (ang. passive-agressive personality disorder).

Inną nową diagnozą jest mój ulubiony przykład: syndrom objadania się (ang. binge eating disorder). Schorzenie to występuje, gdy objadamy się co najmniej raz w tygodniu przez okres co najmniej trzech miesięcy. Co pasuje do prawie każdej osoby, która je syty rodzinny obiad co niedzielę. Tu trzeba jednak oddać autorom DSM-5 sprawiedliwość: kryteria są oczywiście bardziej ścisłe. Dwa objawy, które muszą występować, aby można było mówić o tym schorzeniu to codzienne jedzenie co najmniej co dwie godziny w nadmiernych ilościach, a także brak kontroli nad apetytem – czyli poczucie, że gdy raz się zaczęło jeść, to nie można przestać. Ta przypadłość dotyka troje na każde sto Amerykanów.


Dwa ostatnie przykłady są o tyle istotne, że dotyczą głównie dzieci. Wiele zmian w DSM-5 dotyczy tego, jak diagnozowane są schorzenia ze spektrum autyzmu. Zaostrzone kryteria mają spowodować zmniejszenie liczby diagnozowanych z autyzmem dzieci o 10%. Czy to znaczy, że dzieci z autyzmem będzie mniej? Nic z tych rzeczy. Oznaczać to jednak może, że wiele dzieciaków nie będzie miało zapewnionej odpowiedniej opieki i wsparcia, ponieważ nie spełni nowych kryteriów diagnozy. (Tutaj uwaga na marginesie: moją osobistą obawą jest powoływanie się za 5-10 lat przez przeciwników szczepionek na nowe statystyki i próby wiązania zmniejszonej liczby zdiagnozowanych przypadków autyzmu z oporem przed szczepieniem dzieci. Ale być może wybiegam za bardzo w przyszłość, nie mówiąc o tym, że przypisuję ludziom a priori złe intencje.)

Na koniec zostawiłem przykład moim zdaniem najbardziej przerażający, który bardzo fajnie się wpasowuje w dzisiejszy tekst na naTemacie o rozpieszczonych dzieciakach. Nowa diagnoza, która z pracy wyrzuci wszystkie Supernianie: schorzenie po angielsku nazywane disruptive mood dysregulation disorder (tutaj już się nie podejmę prób tłumaczenia), które stosować się będzie na określenie wybuchów złości u dzieci, które Anglicy nazywają temper tantrums. Żadna niania nie będzie już mogła rzucić nie radzącym sobie z dzieckiem rodzicom w twarz, że nie potrafią go wychować i że dają mu sobą rządzić. Bo taki rodzic dostanie do ręki nową broń: diagnozę tłumaczącą, że dziecię jest bipolarne, oraz receptę na środki uspokajające. A dziecku nie posłuży ani nadmierna medykacja, ani brak jakichkolwiek prób zmiany tego zachowania.

Zanim jednak zaczniemy się wszyscy martwić na zapas, dodać muszę, że DSM-5 dotknie w pierwszej kolejności Amerykanów. Jeśli te nowinki do Polski dotrą, nie jest wcale powiedziane, że się przyjmą – nie mówiąc o tym, że nie ma chyba przymusu stosowania się do tych wytycznych. Bądźcie jednak czujni – nigdy nie wiadomo, kiedy Wasza nastoletnia pociecha będzie naburmuszenie okresu dojrzewania próbować tłumaczyć osobowością melancholijną…
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...