O autorze
nic prostszego to istniejący od 2009 roku blog naukowy. Autor jest chemikiem z wykształcenia i powołania, biologiem wszelakim z zainteresowania oraz molem książkowym z wychowania, co niewątpliwie bardzo pomaga mu pisać o wielu innych ciekawszych sprawach niż tylko chemia i biologia. Od polityki się raczej odżegnuje, chyba że dotyczy nauki. Ponadto lubi chodzić po górach, a najszczęśliwszy byłby, gdyby w Himalajach był dostęp do baz czasopism. Czasem wpada w dziwny nastrój i mówi o sobie w trzeciej osobie, ale zazwyczaj szybko mi to mija. W serwisie naTemat piszę po godzinach.

Zapraszam też do zaglądania na okolicznościowy projekt z okazji 60. rocznicy opisania struktury DNA, Podwójna Helisa.

Upadek autorytetów

Przez ostatnie miesiące przez polskie media przetaczały się dyskusje dotyczące polskiej nauki, poziomu szkolnictwa, stosunku studentów do nauki i wykładowców do studentów. Niektóre były rzeczowe, inne emocjonalne, jeszcze inne całkiem bez sensu. Ale przynajmniej do tej pory można było mieć wrażenie, że na temat wypowiadają się osoby, które mają o nim jakieś pojęcie. List Akademickiego Klubu Obywatelskiego przypomniał nam jednak, że nie tak powinno wyglądać kłócenie się po polsku.

Przypominają się listy „wybitnych naukowców” protestujących przeciwko wnioskom z raportów IPCC w sprawie ocieplenia klimatu – naukowców, których większość nie tylko nie zajmuje się klimatologią, ale często nauki przyrodnicze ostatni raz widziała w filmach dokumentalnych BBC.

Podobna sytuacja ma miejsce tutaj. Blisko 270 „naukowców” przypomina nam o tym, że „homoseksualizm jest anomalią”. Zobaczyłem list i pomyślałem, jejku, tylu badaczy mi przypomina, muszą mieć rację! W końcu są to naukowcy! Badacze! Ludzie kompetentni i obeznani z tematem, którzy w dodatku powołują się na teorię ewolucji, więc jak tak, to już na pewno nie powinno być żadnych wątpliwości.

Jednakże, jako że jestem z natury dociekliwy, postanowiłem przyjrzeć się kilku sprawom.

Po pierwsze, sprawdziłem, kto tenże osławiony już list podpisał. Okiem rzuciłem na pierwsze 15 osób – wybaczyć mi musicie, że nie sprawdzałem całej listy, ale nie chciałem na tym płonnym zadaniu stracić całego weekendu. No i w tej pierwszej piętnastce znajdują się naukowcy zajmujący się filologią polską, historią, teologią, chemią i fizyką. Biolożki są dwie: jednak specjalizuje się w patologii roślin (czyli zarazach zbóż), druga jest genetykiem roślin.


Pani profesor genetyk jest w tym towarzystwie być może najbardziej wykwalifikowaną osobą do wypowiadania się w temacie ewolucji oraz rozwoju seksualności u zwierząt – ale to nie oznacza oczywiście, że jest odpowiednia w ogóle. Jest tylko najlepszym wyborem z wyborów całkowicie nieodpowiednich.

Czyli wraca ten sam temat jak bumerang: polskim naukowcom wydaje się, że jak już się dochapali do tego doktora, habilitowanego czy nie, albo daj boziu do profesury, to już mają boskie i papieskie namaszczenie, żeby się wypowiadać autorytatywnie na tematy wszelkie.

I jak chcą, to niechże trwają w tym złudnym wyobrażeniu. Tylko dlaczego ktokolwiek inny ma tego słuchać?

Gdyby nasz dermatolog powiedział nam, że potrzebujemy operacji przeszczepu wątroby, nie wzięlibyśmy jego słów w ciemno.

Gdyby nauczyciel historii w szkole, próbował uczyć nasze dzieci matematyki, na drugi dzień od razu bylibyśmy w dyrektorskim gabinecie z awanturą.

Gdyby w wiadomościach prowadzący poprosił redaktora sportowego o komentarz na temat rozwoju sytuacji socjopolitycznej w Syrii, potraktowalibyśmy to z przymrużeniem oka.

Więc dlaczego ktokolwiek z nas powinien słuchać, co na temat biologii i genetyki ma do powiedzenia profesor Stanisław Mikołajczyk, który niewątpliwie wybitnym filologiem jest, ale specjalistą od ewolucji to go jeszcze nie czyni. Dlaczego mieliśmy spijać mądrości biologiczne z ust prof. Marka Andrzejewskiego, który z pewnością wie to i owo o historii, ale nie czyni go to specjalistą od rozwoju płci. I tak dalej, i tym podobne.

A odpowiedź jest prosta: nie powinniśmy.

Dodam na koniec, że najbardziej porażające w liście AKO nie jest to, że jak zwykle grupa niefachowców próbuje zawładnąć medialną przestrzenią publiczną pod pozorem posiadania do tego jakiegoś niepisanego prawa. Najbardziej przerażające jest to, że podczas gdy pierwszy list otwarty potępiający posłankę Pawłowicz (bo to, że jest profesorem, nie przejdzie mi przez usta) odnosił się do jej niekrytej pogardy dla drugiego człowieka, sygnatariusze listu ABO próbują powoływać się na bliżej nieokreślone odkrycia naukowe po to, aby posłanki Pawłowicz haniebnego zachowania bronić.

A nam, pozostałym naukowcom, którzy brzydzą się zarówno postępowaniem posłanki Pawłowicz, jak i tym nieuprawnionym (bo powołującym się na autorytet, który w tej sytuacji nie ma żadnej wartości) wsparciem, jakie otrzymała od ludzi, którzy mienią się naukowcami, pozostaje bardzo się za te 300 osób wstydzić…
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...