O autorze
nic prostszego to istniejący od 2009 roku blog naukowy. Autor jest chemikiem z wykształcenia i powołania, biologiem wszelakim z zainteresowania oraz molem książkowym z wychowania, co niewątpliwie bardzo pomaga mu pisać o wielu innych ciekawszych sprawach niż tylko chemia i biologia. Od polityki się raczej odżegnuje, chyba że dotyczy nauki. Ponadto lubi chodzić po górach, a najszczęśliwszy byłby, gdyby w Himalajach był dostęp do baz czasopism. Czasem wpada w dziwny nastrój i mówi o sobie w trzeciej osobie, ale zazwyczaj szybko mi to mija. W serwisie naTemat piszę po godzinach.

Zapraszam też do zaglądania na okolicznościowy projekt z okazji 60. rocznicy opisania struktury DNA, Podwójna Helisa.

Dlaczego nadpobudliwe myszy traktuję sceptycznie

NaTemat wspomniał dzisiaj o badaniu naukowców z Yale, które ukazało się dwa dni temu w Scientific Reports, w którym to badaniu sprawdzano, jak na myszy wpływa wystawienie ich w okresie płodowym na działanie telefonów komórkowych. Okazało się, że młode myszki są pobudliwe ponad przeciętną.

Rzuciłem prędko okiem na oryginalną pracę i chociaż do wyników jako takich nie mam większych zastrzeżeń (zdroworozsądkowych, bo nie ukrywam, że specjalistą od neurobiologii myszy nie jestem, więc mogą być w pracy jakieś błędy czy niedociągnięcia, których nie zauważyłem), to jednak do komentarza pod tytułem telefonia komórkowa powoduje ADHD u dzieci podchodzę jednak dość sceptycznie.

Publikacja rozpoczyna się od rozważań na temat tego, jak zewnętrzne czynniki oddziałujące na płód mogą wpływać na późniejszy rozwój dziecka. I na temat tego, ileż to dzieci cierpi w dzisiejszych czasach na ADHD (3-7%). I tego, jak bardzo pokrzywdzone są te dzieci później, bo mogą mieć problemy z nauką, a co za tym idzie gorsze prospekty jeśli chodzi o wykształcenie. Do tego momentu nie mam żadnych zastrzeżeń.

Następnie badacze opisują swoje badania na myszach, które - jak już zaznaczyłem - wyglądają, jak większość badań na myszach, o których czytałem. No i owszem, okazuje się, że myszy, które były wystawione na działanie promieniowania o częstościach radiowych w okresie płodowych są nieco nadaktywne. Spośród kilku parametrów mierzonych przez badaczy (sprawdzano też bojaźliwość oraz pamięć) tylko w przypadku nadaktywności różnica między myszami napromieniowanymi a kontrolnymi jest bardzo wyraźna.


Czy oznacza to od razu, że ludzkie dzieci, których mamy rozmawiają często przez telefon komórkowy, będą od razu nadpobudliwe? Niekoniecznie.

Po pierwsze, badacze od początku zaznaczają, że chociaż myszy były wystawione na działanie fal radiowych, to poziomu tej ekspozycji nie da się określić w warunkach przeprowadzonego przez nich eksperymentu. Bo ciężarne myszy przebywały przez okres ciąży w klatkach, które ponad poidełkiem miały przymocowane telefon komórkowy działający non-stop. Klatki na myszy jednak małe nie są, bo oczywiście taka mysz musi mieć swobodę ruchu (ograczenie tej swobody mogłoby równie dobrze być na tyle stresujące, żeby wpłynąć na rozwój płodu). A ponieważ jest zasadnicza różnica pomiędzy przebywaniem w odległości 5 i 50 cm od źródła promieniowania, nie da się do końca powiedzieć, jak znacząco każdy płód był w istocie wystawiony na jego działanie. To jest jedna, dość poważna wątpliwość, co do zbyt dosłownego traktowania wyników samego badania.

Do tego należy jednak dodać jeszcze kilka innych uwag. Po pierwsze, wpływ promieniowania (jakiegokolwiek, nie tylko radiowego) może zależeć od masy ciała organizmu, który jest napromieniowywany. Nowonarodzona mysz waży około grama. Przeciętny noworodek - trzy i pół tysiąca raza więcej. Po drugie, gdyby nawet ciężarna mama-mysz siedziała w najodleglejszym kącie swojej klatki, to i tak byłaby zapewne bliżej źródła radiacji, niż jest płód ludzki - zakładając że mama nie jest brzuchomówcą oczywiście. Po trzecie, myszy na promieniowania wystawione były przez calusieńki okres trwania ciąży - nawet najbardziej gadatliwa zaś młoda przyszła mama nie spędza pewnie więcej niż kilka godzin przy telefonie. A większość ciężarnych pań to podejrzewam, że ogranicza się do nastu minut dziennie (średnio).

Nie oznacza to oczywiście, że telefony komórkowe są zdrowe. Nie oznacza to jednak także niczego przeciwnego. Prawdę powiedziawszy, jak dla mnie, to wyniki te w odniesieniu do ludzi niewiele oznaczają. Za przedwczesne uważam obwinianie telefonii komórkowej za wzrost występowania ADHD u dzieci w ciągu ostatnich 20-30 lat. Zwłaszcza w momencie, gdy znacznie lepiej udokumentowany jest wpływ innych zewnętrznych czynników, takich jak palenie papierosów oraz ekspozycja na ołów, który chociaż bardzo intensywnie wyprowadzany z użytku, wciąż jeszcze można znaleźć w starych rurach, farbach i kablach. Że o wystawieniu na jego działanie przy każdej poważniejszej wizycie u dentysty nie wspomnę.

Na koniec dodam też, jako luźną uwagę, że ADHD cierpi chyba na podobną przypadłość nadęcia jak autyzm. Bardzo niewykluczone jest, że za zwiększającą się liczbę przypadków nie są odpowiedzialne czynniki zewnętrze, ale zmiany w definicji choroby, w sposobie jej diagnozowanie oraz w nastawieniu społecznym do problemu.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...